Startujesz w Puławach. Do Lublina, skąd zabrać się możesz do Monachium przez Ostravę i Brno, całkiem niedaleko. Trasę szybko pokonujesz dwoma czy trzema międzynarodowymi pociągami. Granice nie obowiązują, nie musisz brać nawet paszportu, raz tylko kontroluje Cię czeska policja. Chwilami żałujesz, że pociąg nie jechał przez Austrię, chętnie zobaczyłbyś Linz czy Wiedeń, nawet z okna. Niestety, trasa biegła wzdłuż austriackiej granicy, ale po niemieckiej stronie. Jedziesz dalej. Szwajcarskie góry zapierały dech w piersiach, a niewielki choć wygodny, wspinający się po uroczych serpentynach autobus, pozwalał na bliskie przyjrzenie się każdemu jeziorku, wodospadowi czy oszałamiającym uskokom górskim. Czas mija jednak szybko i wkrótce osiągasz Genevę, skąd przez Lion i Tuluzę w tak ukochanej przez squirel Langwedocji leżącej u podnóża francuskich Pirenejów (ha! musisz pamiętać, żeby pokazać jej zdjęcia, oszaleje z zazdrości), znowu pociągiem i bez najmniejszych problemów przekraczając granicę hiszpańską, docierasz do Saragossy. Tutaj bierzesz stopa bo, jak wiadomo, w Hiszpanii stopem najbezpieczniej. Zaskoczony i nienawykły do podobnych sytuacji, stopa łapiesz po 5 minutach. Przyjazny kierowca lekko podstarzałej skody nie zna jednak słowa po angielsku, na migi więc porozumiewacie się co do celu Waszej podróży. Niestety, nie dowiezie Cię do Nowego Yorku, podrzuca Cię natomiast do Madrytu, skąd szybko łapiesz pociąg pędzący ku portugalskiej granicy. Do jednego najbardziej wysuniętego na zachód miasta na kontynencie Europejskim, Lisbony docierasz wczesnym rankiem, zadowolony iż nic już nie może zatrzymać Cię w swej podróży do Ameryki i tutaj pojawia się problem, o którym wcześniej całkiem zapomniałeś. Od Nowego Yorku oddziela Cię jedynie Ocean Atlantycki i za nic w świecie nie zdołasz tam dojechać. Crap. Trzeba było zamarzyć sobie polecieć. <ŚCIANA>
A ja zawsze chciałam poznać Mr Doctora z Devil Doll. :-)
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez 2009-05-07 14:56:43
Podczas wycieczki do Wenecji, na Ponte di Rialto, najstarszym moście weneckim nad Kanałem Grande, zaczepia mnie w czerń odziany jegomość, w ciemnych ekstrawaganckich okularach i gustownie zaczesanych na brylantynę włosach. Poznaję go od razu - to zaginiony Mr Doctor, lider niby to umarłego, ale wiecznie żywego projektu Devil Doll. Doktor jest mną niezwykle zainteresowany. Wystarczy kilka minut i kilka sztuczek aby owinął mnie sobie wokół małego palca, i nim się spostrzegę już leżę na stole operacyjnym, gdzie za chwilę Doktor dokona otwarcia moich trzewi, a zdjęcia z owej żywej sekcji ozdobią okładkę jego nowego muzycznego projektu. W ten sposób, dzięki Mr Doktorowi, na zawsze poświęcę się sztuce. Permanentnie.
Chciałabym, żeby forum wróciło z Facebooka na forum.
W wyniku procesów sądowych (dotyczących źle skonstruowanego regulaminu i wycieku danych osobowych) wytoczonych w 48 krajach niejaki Zuckerberg bankrutuje, a Facebook znika z Sieci. Wszyscy Grimuaryci wracają na forum Klubu; aby "utrzymywać kontakty społeczne", za nimi ciągną wszyscy ich znajomi, krewni, jak również cała masa bliżej niezidentyfikowanych osób. Forum ożywa, toczą się dyskusje, ogłaszane są imprezy, zarówno klubowe jak i nie.
Po miesiącu codziennie pojawia się ponad 20,000 nowych postów, dotyczących m.in. kłótni na temat kłótni o konwencję kolejnego PIIGa, grupowego wyjścia na piwo w Szczecinie, ponad 1,000 linków do YouTube, gierek forumowych i oznajmiania światu, kto ma dzisiaj kaca.
Po niecałych trzech miesiącach wśród ponad miliona użytkowników forum Grimuaru (przemianowanego na GrimBook.org) znajduje się 40 drwali, którzy przypuszczają zmasowany atak na niewyrabiających już ze zmęczenia adminów, zalewając skrzynki Selket i Słowika spamem, po czym przejmują władzę nad forum. Klub, pozbawiony możliwości organizacyjno-komunikacyjnych, nie potrafi się obronić przed kolejnymi atakami - na najbliższym poniedziałkowym spotkaniu 40 drwali (którzy umówili się w tajnym, niewidocznym dla nikogo innego wątku na forum) pojawia się we własnych osobach i urządza masakrę. Klub Grimuar przestaje istnieć.
Chciałabym, żeby mi się przestało nie chcieć.
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)