Regulamin 
Profil
Wyszukaj
Idź do strony:
Odpowiedz
Ulice Miasta
Lublin Pod
Bulla
Skąd: Ulica
Postów: 68
Punkty: 139
Siedziała na bruku, skulona. Przez chwilę nie reagowała na jego dotyk, po fazie krzyku popadła w jakąś dziwną apatię. Dopiero po kilku minutach się poruszyła, kiedy ją obejmował.
- Lepiej mnie nie dotykaj... I tak jest zimno...
Westchnęła cicho.
- Nie wiem, czemu, przypomniała mi się Gargoyla... Te wspomnienie było takie natarczywe... Ale rozmyte, jak moje wizje... - popatrzyła na niego. - Dlaczego znowu to widziałam? Dlaczego znowu wszystko czułam?
Pytała cicho, ale bezustannie, jakby próbowała pytaniami wymusić odpowiedź, której i tak raczej nikt nie znał.
___________________
Ostatnio zmodyfikowany przez Thairessa Wizjonerka 2009-01-06 11:58:18
Uduchowione Dziecię Ulicy... Tylko nieliczni ją słyszą, jeszcze mniej widzi
Offline
Profil
Wiadomość
Lublin Pod
Bulla
Skąd: Triada
Postów: 80
Punkty: 160
- Nie wiem, Dziecko. - powiedział puszczając ją - Dzieje się coś niedobrego.
Spojrzał w niebo, tam, gdzie Nad był Rak. Po chwili milczenia dodał cicho:
- Odpowiedzi się znalazły. Czekają na nas w Archiwum. Musimy się spieszyć, żebyśmy zdążyli, zanim Trybunał zacznie swoją pracę. Chodźmy, nie możemy zwlekać.
Chwycił jej dłoń i uśmiechnął się lekko.
- Kto wie, może znajdziemy więcej odpowiedzi niż pytań? Może czekają na nas kolejne fragmenty układanki?
Rozejrzał się. Niektórzy gapie zostali na miejscu, większość jednak zniknęła. Wsłuchał się w cichy dźwięk dzwonu. Wybrał drogę na skróty, tak, żeby ominąć procesję i dotrzeć do Biblioteki przed Braćmi.
Lubelski Pod-Nad-Krążca, Handlarz Opowieściami i Innym Towarem Jakimkolwiek
Offline
Profil
Wiadomość
Lublin Pod
Bulla
Skąd: Ulica
Postów: 68
Punkty: 139
- Archiwum - zamyśliła się. Stamtąd wspomnienia, choć też nienajciekawsze, wzbudzały miłe uczucia. Zwłaszcza dumna była z siebie, jak się dostała tam z Trinovantesem.
Zaśmiała się wesoło i już czując się lepiej pobiegła za Nubukiem w stronę Biblioteki.
Uduchowione Dziecię Ulicy... Tylko nieliczni ją słyszą, jeszcze mniej widzi
Offline
Profil
Wiadomość
Lublin Pod
Papula
Postów: 25
Punkty: 50
Powiódł spojrzeniem za odchodzącymi mnichami. Z sakwy wyjął starą drewniano czarną fajkę. Następna, mniejsza sakwa, zawierała tytoń. Do odpalenia użył metalowej zapalniczki sprawiającej wrażenie konstrukcji pozbawionej obudowy. Z dymiącą już fajką ruszył powoli w stronę starego archiwum.

Mnisi, trybunał. Co to za bzdury.

Wynalazca udaje się w stronę biblioteki.
___________________
Ostatnio zmodyfikowany przez Trinovantes 2009-01-06 18:19:46
Pewne jest, że wprost proporcjonalnie do rozwoju osady potrzebne były nowe rozwiązania techniczne, które utrzymywały osadę czy później już miasto, na tym właśnie poziomie. To forma standardu czy jak kto woli, niezbędnego luksusu.
Offline
Profil
Wiadomość
Lublin Pod
Vesiculum
Skąd: Pod
Postów: 32
Punkty: 67
Charonita pełnym nadziei wzrokiem patrzył za odchodzącymi mnichami. "Trybunał..." odbijało się echem w jego głowie. "Może on przemówi do rozsądku temu egocentrykowi." Spojrzał na gawiedź, która rozpływała się niczym spłoszone stado much znad gnijącej padliny. Padliny tego miasta, która powoli, lecz jednostajnie rozkładała się na jego oczach. A on nic nie mógł na to poradzić...

Znajome postaci mijały mu przed oczyma. Wpierw jedna, później kolejne trzepocząc skrzydłami wspomnień, które niczym ciężkie razy spoczywały na jego twarzy.

Ruszył za nimi. Błądził ulicami miasta mając nadzieję, że gdzieś na ich końcu leży rozwiązanie. Że wszystkie jego problemy zostaną rozwiązane jeżeli tylko tam dojdzie. Nie wiedział co go czeka kiedy zza fasady budynku wynurzył się gmach Wielkiej Biblioteki. Miał jednak nadzieję, że przyniesie to zmiany.
Offline
Profil
Wiadomość
Lublin Pod
Bulla
Skąd: Lublin Pod
Postów: 55
Punkty: 112
Zanim się zorientowała, została sama na ulicach miasta. Jeszcze przez chwilę myślała nad tym, co tutaj usłyszała, patrząc tępo w niebo.

Dopiero po jakimś czasie uświadomiła sobie, że to pierwszy raz, kiedy zwróciła swoje oczy ku górze, odkąd przybyła do Miasta Pod. Dopiero teraz zastanowiło ją, że mrok panujący Pod od początku przyjęła jako coś naturalnego, że nigdy się mu nie dziwiła. Cóż, pewnie to dlatego, że spodziewała się Innego Świata po drugiej stronie Ogrodu. Owszem, nie był on tym, czego spodziewał się Albrecht, ale i tak był niesamowity.

Natomiast niebo było… dziwne. Wzbudzało w Mai niepokój, którego nie potrafiła wytłumaczyć. Wysoko, wyżej nawet niż sięga iglica Wieży Trynitarskiej, kłębiły się gęste opary, chmury… dymy? Zakrywając to, co mogło być ponad nimi, jednak nie całkowicie. Im dłużej wpatrywała się w nieboskłon tym bardziej upewniała się, że COŚ poza nimi jest, czasem miało się już za chwilę wyłonić, ale ostatecznie znikało, ponownie zakryte, jak niespełniona obietnica. Był to księżyc, słońce – a może gwiazdy? Nie można było określić. Było to zbyt ulotne, zbyt dobrze ukryte.

Do szeroko otwartych oczu Mai napłynęły łzy. Dopiero teraz poczuła pieczenie, ból w karku, zesztywniałym od ciągłego wpatrywania się w górę. Z trudem, ociągając się opuściła głowę, zamrugała, by pozbyć się bólu. Czuła się jakby obudzona z głębokiego snu, jakby zbyt długie wpatrywanie się w eteryczne kształty tworzone wciąż od nowa przez grę cieni, chmur i wiatru wprawiało w przedziwny stan hipnozy.

W dzieciństwie, podczas tych rzadkich dni spędzanych u babci, na wsi, często w nocy wymykała się z domu, leżała pośród pokrytej rosą trawy – i patrzyła w gwiazdy. To podczas jednego z takich wyjść postanowiła spełnić swoje marzenie, gwiazdy wydawały się obiecywać jej pomoc, powodzenie we wszystkich podjętych zamierzeniach. Teraz je straciła – straciła na zawsze, bowiem nie istniał sposób, aby powrócić do świata Nad. Czyżby to była cena za spełnienie marzeń? Tak, mogła teraz wszystko, ograniczały ją tylko środki (które, o dziwo, zdobywała coraz łatwiej), umiejętności (ale i je zdobywała, choć z trudem) i własne pomysły – zadrżała przypomniawszy sobie, co wyszło spod jej rąk, kiedy na chwilę zamyśliła się w Bibliotece – było to straszne i piękne zarazem.

Dopiero teraz uświadomiła też sobie, że nie widziała gwiazd od bardzo dawna – od przybycia do Lublina, wtedy jeszcze Nad, nie miała ani czasu, ani potrzeby by się w nie wpatrywać. A i jasno oświetlone, ludne i gwarne miasto nie stwarzało odpowiedniego klimatu, by się im przyglądać. Dopiero gdy tracimy – jesteśmy w stanie właściwie ocenić to, czego nagle nam zabrakło…

Do rzeczywistości przywrócił ją jakiś błysk z góry. Pełna nadziei szybko poderwała głowę – ale nie, nawet jeśli coś przebiło się przez tą gęstą zasłonę już skryło się przed jej oczami. Uśmiechnęła się smutno. Tak, to kolejna kara – pewnie nigdy już nie ujrzy gwiazd. Opuściła głowę i ruszyła przed siebie z wbitym w bruk wzrokiem.

Za jej plecami, zza chmur wyłoniły się, niby oczy, oba księżyce - widok nader rzadki w Lublinie, zazwyczaj wieszczący niezwykłe wydarzenia. Przez chwilę obserwowały ze swej wysokości Miasto Cieni, Lublin Pod, po czym, znudzone, znów skryły się za gęstą powłoką chmur.
"Każda wystarczająco zaawansowana Technologia jest nieodróżnialna od Magii"...
..."Każda technologia odróżnialna od magii jest niewystarczająco zaawansowana"
Offline
Profil
Wiadomość
Lublin Pod
Bulla
Skąd: Miasto Cieni
Postów: 59
Punkty: 118
Kiedy tłum zaczął rzednąć, zaciągnęła się jeszcze raz i drugi niemieckim malboro i zdusiła niedopałek, przydeptując go metalowym obcasem wysokiego buta.

"A więc będzie wiec. I nie na Wieży, a w Bibliotece. Neutralny grunt... Ciekawe, cóż to za braciszkowie, zawracający kroki nawet samego Króla..."

Otuliła się szczelniej kurtką i stwierdzając, że nic tu po niej, ruszyła do kabaretu.
Offline
Profil
Wiadomość
Lublin Pod
Papula
Postów: 12
Punkty: 24
Franz sięgnął po papierosa. Zorientowawszy się, że ostatni został w warsztacie wśród trocin, zaklął w typowy dla siebie sposób - głośne Scheisse pomknęło w - pustą już - przestrzeń placu przed Kabaretem Absynt. Niemiec rozejrzał się po opustoszałym miejscu i na chwilę tylko zerknął w kierunku, w którym pognał cały tłum.
- Was ist das znowu... - skwitował krótko mnichów, Trinovantesa i całą tę pieprzniętą hałastrę.
Jego myśli szybko wróciły na właściwy tor - papierosy.
Franz rozejrzał się raz jeszcze, tym razem jakby bardziej podejrzliwie, po czym uniósł dłoń do ust i gwizdnął na palcach. Po chwili jak spod ziemi wyrósł niewielki chłopiec i z cwanym uśmieszkiem stanął naprzeciw rosłego Niemca.
- No co tam? - zapytał
- Zigaretten... Zigaretten... - wymamrotał pytany i po chwili dodał - Bitte.
- Da się zrobić.
Nie minęło pięć minut a Franz z zadowoleniem zaciągał się lokalnym papierosem.
- Sehr gut. A teraz czas podzielić się Arbeitem - jego ton był nadzwyczaj poważny - Du gehst za tymi dziwnymi ludźmi.
Gdyby ktoś uważnie obserwował twarz chłopca, mógłby zauważyć, że jego rysy zmieniają się lekko.
- Niech i tak będzie. - odpowiedział chłopiec basowym głosem starca.

Po tej wymianie zdań chłopiec oddalił się w jedną z lubelskich uliczek, a Franz zaciągnął się ponownie i wszedł do Kabaretu Absynt
Sehnsucht versteckt
Sich wie ein Insekt
Im Schlafe merkst du nicht
Dass es dich sticht
Offline
Profil
Wiadomość
Lublin Pod
Papula
Postów: 14
Punkty: 30
- Któż to zawitał w moje skrromne prrogi? - kocur wyszczerzył zęby w uśmiechu. Zdawał się być zadowolony z siebie. - sam Dandys raczył zaszczycić mnie wizytą. Witam, witam. Wiele o Panu słyszałem.... Tak wiele mówi się ostatnio o Dandysie.

Z gracją ominął wyrwę w torsie, muskając jedynie jej brzeg swoim ogonem, który niczym żyjący własnym życiem, kreślił wymyślne kształty w zapylonym powietrzu.
- Zdajesz sobie Dandysie sprrawę z tego, jak wielu osobom zaszedłeś za skórę? – postąpił krok do przodu, stawiając lewą łapę dokładnie przed prawą, jakby balansował na niewidzialnej linie – Jak wielu napsułeś krrwi? - prawa łapa powędrowała przed lewą – Jak wiele osób chciałoby się z tobą rozprrawić? - pyszczek zbliżał się do jego twarzy, a smoliste oczy zdawały się przenikać w głąb duszy. - Jakiej duszy? Przecież ty jej nigdy nie miałeś. I nie będziesz miaaaał.

W tej samej chwili ogon zastygł w pionie, kocisko naprężyło się i jednym susem znalazło przy drzwiach. Tylko cichy pisk dał się słyszeć, zanim ostre jak brzytwa zęby zanurzyły się w karku szczura, który przycupnął pod drzwiami. Małe serce, które raptownie przyspieszyło, z sekundy na sekundę tłoczyło krew coraz wolniej i wolniej. Jego bicie powoli ustało. Zapadła cisza.

Cisza przed burzą. Wiedział, że to nie wróży nic dobrego. Wędrował pomiędzy drzwiami i oknem, od czasu do czasu zatrzymując się przy biurku i by sprawdzić, czy nie przyszła nowa poczta, nabazgrać coś na podaniu, które zostawiła Anna, albo po raz setny ustawić kieszeń na dokumenty, pojemnik na długopisy i kalendarz równolegle do krawędzi blatu. „Ile to może trwać, do cholery? Ile czasu można tak tkwić w zawieszeniu? Czy oni ku.wa tam pozasypiali?” Od wyniku tego spotkania, zależała cała jego przyszłość. Wyszedł z sali konferencyjnej czterdzieści siedem minut temu. Czterdzieści siedem minut temu zostawił im rozwiązanie wszystkich kłopotów firmy. Czterdzieści siedem minut ciągnęło się przez wieczność. Wezwał Annę przez komunikator.
- Może uciekli oknem? – usłyszał wesoły głos.
- Może powinienem Cię zwolnić? - przecedził przez zęby i się rozłączył.

Czekanie doprowadzało go do szału. Podszedł do okna i wyjrzał na ulicę. Krakowskie Przedmieście wyglądało, jakby przetoczyło się przez nie tornado. Wszędzie walały się gruzy zniszczonych kamienic. Jak okiem sięgnąć, wokół nie było żywej duszy. Nawet powietrze zastygło w bezruchu, jakby obawiało się przesunąć choć drobinę kurzu, który pokrywał deptak. Dopiero po chwili dostrzegł ruch od strony Starego Miasta.

Dwaj mężczyźni na głowach mieli cylindry. Wyglądali niczym wyjęci ze starego filmu. Pierwszy kroczył dumnie, drugi trochę koślawie, zgarbiony, ze związanymi powrozem rękami, niby pies ciągnięty na smyczy. Ciężki oddech przerywał mu słowa, a mówił dużo i szybko, jakby zdając sobie sprawę, że może nie starczyć mu czasu. Mówił o lojalności, o wierności, o największym wrogu, zarzekał się, prosił o wybaczenie. Potok słów, rozbijający się o kamienie zadyszki stawał się niezrozumiały. Zniknęli za rogiem jednego z budynków.

Nawet nie zauważył, kiedy Anna wśliznęła się do gabinetu. Jej ramiona oplotły jego szyję. Gorące usta dotknęły karku.
- Umilę ci oczekiwanie – szepnęła.
Odwrócił się i warknął na nią. W jej oczach zabłysły ogniki gniewu. Wybiegła trzaskając drzwiami. Niewiele myśląc, ruszył za nią.

Wszedł do zalanego światłem pokoju rodziców, z antykowymi szafami i wielkim łóżkiem, na którym matka wyła jak potrącony samochodem pies. Pan, na którym tata robił biznesy, krzyczał na nią brzydko i dawał klapsy na pupę i próbował ją zepchnąć na podłogę, a jak się nie dało, to ją pociągnął za włosy. W pierwszej chwili nie wiedział, jak może jej pomóc, wbiegł do pokoju krzycząc:
- zostaw ją, bo pójdę na policję.
I mama wtedy spadła z łóżka i ten Pan się zesikał na kordłę. Ale mama go nakrzyczała i uderzyła go po twarzy, aż zapiekło. Upadł na zimny bruk.

Biała postać, która górowała nad bezkształtną masą ciał, rozłożyła ramiona i spojrzała w niebo. W tej samej chwili wszystkie trupy odwróciły się od niego i ruszyły w kierunku Piotra. Sparaliżowany strachem nie był w stanie poruszyć żadnym mięśniem. Zombie niezdarnie sunęły ku niemu. Pałały żądzą krwi. Nie było ucieczki. Zalała go martwa fala.

Podniósł się gwałtownie i rozejrzał po miejscu, w którym się znajdował. Wstał z łóżka i machinalnie otrzepał przód surduta. „Gdzie ja jestem? Skąd się tu wziąłem?”
___________________
Ostatnio zmodyfikowany przez Dandys 2009-01-20 22:12:23
Offline
Profil
Wiadomość
Lublin Pod
Vesiculum
Skąd: Zakątek Żałobników
Postów: 45
Punkty: 92
Tanatos wyłania się z cmentarnej bramy i rusza w dół ulicy.

Im dalej szedł tym bardziej tłum zdawał się gęstnieć. Wyjątkowo ruchliwy wieczór - pomyślał bezładnie, po czym niby rekin w swym śnieżnobiałym wysokim cylindrze, meandrować począł pomiędzy przechodniami. Coś musiało ich wzburzyć i to całkiem niedawno. Może to ten kabaret? - pomyślał, kiwając sam do siebie głową i krzywiąc się na myśl że, jeśli tak, w Absyncie może nie być już miejsc. A tak się radował, że będzie mógł w końcu zobaczyć coś żywego.

Przy wejściu przystanął i zajrzał doń przez okno, z zadowoleniem stwierdzając, że wbrew pozorom w środku wcale nie było zbyt tłoczno. Uśmiechnął się do swoich myśli dostrzegając opierającą się o kontuar bladą postać, nie miał jednak ochoty jeszcze wchodzić do środka. Ze dość zblazowaną miną usiadł więc na zewnętrznym parapecie wielkiego haremowego okna, założył nogę na nogę, oparł nań łokieć i podłożył dłoń pod ciężko opadającą głowę. W środku huczało. Prawe ucho miał przejściowo niemal całkiem głuche, a w lewym ciągle słyszał niepokojący pisk. Obraz przed oczyma lekko się mu rozmazywał i drżały mu łydki. Eksperymenty z elektrycznością prędzej czy później wykończyć mogą nawet najtwardszych zawodników.

Tanatos odpoczywał.
I looked. I shall not look again.
For yet I see them pass.
The hollow faces of the drowned
In mist beyond the glass.
Offline
Profil
Wiadomość
Odpowiedz