Wunderbar... Franz aż kipiał z wściekłości A panowie czego, co? Mam do pogadania mit den Kavalier w maseczce!. Legionistów niezbyt obchodziły zamiary tego śmiecia, więc pozostali przez krótką chwilę niewzruszeni. I wtedy Niemiec podjął decyzję, która nie była najlepszym możliwym wyjściem z sytuacji - postanowił przejść przez grupę.
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Franz Schmeling 2008-12-08 00:29:07
Sehnsucht versteckt
Sich wie ein Insekt
Im Schlafe merkst du nicht
Dass es dich sticht
Przez wiele dni od tej chwili Franz Schmeling pamiętać będzie to co zdarzyło się w Kabarecie Absynt po tym jak raźnym krokiem, z zaciętym wyrazem twarzy, ruszył w kierunku formujących regularny mur Legionistów. Zacisnął obie pięści i zęby, przymknął lekko oczy, nie tracąc jednak kontaktu wzrokowego z przeciwnikami i... wielkie owłosione ramiona oplotły go od tyłu na wysokości klatki piersiowej. Franz zdążył jeszcze tylko wykręcić głowę do tyłu, aby dojrzeć trolowatego wielkoluda przy którym Mike Tyson i Andrew Golota to słodkie, puszyste niedźwiadki, po czym żelazny uścisk odebrał mu dech a wszelkie nieporadne próby szamotaniny czy uderzenia Odźwiernego Haremu z zaskoczenia tyłem głowy w twarz, czy piętą w krocze, skończyły się niepowodzeniem. W głowie Schmelinga wybuchła feeria kolorowych światełek, gdy Odźwierny wywlókł go z Absyntu do niewielkiego zaułka na Ulicach Miasta, po czym zdzielił go kilka razy wielgachnymi pięściskami w twarz, tubalnym przygłupim głosem mówiąc doń: - I jeśli pokażesz się w Absyncie przed czwartkiem (BAN na Absynt: 11.12;00:01), porachuję Ci wszystkie kości. W tenże sposób Odźwierny zostawił Franza, leżącego w kałuży cieknącej mu z nosa krwi, na Ulicach Miasta.
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez StaryLublin 2008-12-08 16:12:40
Car przyglądał się całej scenie chłodnym wzrokiem. "Kolejny nowy mieszkaniec Pod" - pomyślał - "Sporo ich ostatnimi czasy. Najwyraźniej poznał Porcelanowe Serce. Ciekawe czy to on sprowadził tutaj tego prostaka, czy też może pani Kawka rozpoczęła już swą działalność." Cesarz dokończył kolejną lampkę wina, po czym westchnął i podniósł się z miejsca. "Już najwyższy czas..." Skinął na chłopaka imieniem Szept, a gdy ten po chwili był obok, Car powiedział:
-Prowadź do apartamentów Madame...
Podążając za Szeptem, Cesarz udaje się do prywatnych apartamentów Madame.
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Car 2008-12-09 11:49:11
Charonita nie wykazując ani krzty zainteresowania obserwował odźwiernego, którego pięści ciężko, lecz rytmicznie opadały na twarz Franza. Ręką zasłaniał twarz swojej ukochanej mówiąc: "Nie patrz na to kochanie. To nie jest widok, jaki powinny oglądać kobiety."
Czuł się źle. Wiedział, że człowiek ten dopiero zjawił się w Mieście Cieni, a już życie zdążyło go tu doświadczyć. Znał takich ludzi jak on. Znając życie w przeciągu najbliższych paru tygodni, jeżeli nie dni, zostanie złapany przez przedstawicieli któregoś z gangów. Później nastąpi szybka i bolesna indoktrynacja, a później... Później jedyne co mu pozostanie to służyć...
Patrzył, jak człowiek, który jeszcze nie tak dawno był bokserem zostaje brutalnie pobity. Tu nie było miejsca na czystą grę... Zdążył jeszcze zauważyć, jak człowiek zostaje wyrzucony z lokalu... jak nagle zrobiło mu się słabo. Usiadł razem ze swoją ukochaną przy stoliku, które w skutek rozgrywającej się bójki zostało zwolnione przez jednego z bardziej przezornych klientów. Zaczął oddychać głęboko. "Nic Ci nie jest?" zapytała Beatrix. "Wszytko w porządku... Muszę tylko..."
Zamyślona i zaniepokojona tym, co mogło teraz dziać się w jej apartamentach - "Czy na pewno są do siebie nastawieni pokojowo?..." - Madame nie spodziewała się tego, co zastanie w Kabarecie. Stanęła i osłupiała patrzyła, jak jej pracownik z opuchniętym okiem siedzi przy barze, trzymając przy twarzy lód, a służący sprzątają połamane resztki stolika.
Merde! Czy ktoś mógłby mi łaskawie wytłumaczyć, co tu się stało?!, zapytała chyba nieco zbyt głośnym i wysokim głosem. Nie potrafiła jednak opanować nerwów, nie w takiej chwili. Podeszła do pobitego pracownika, odsunęła okład i syknęła, gdy zobaczyła jego twarz.
Jedna ze służących wyjaśniła jej naprędce sytuację. Najwyraźniej jakiś człowiek - podobno wyglądał na takiego, co dopiero się zjawił w Pod - pobił nieszczęsnego chłopaka, po czym chciał rzucić się na Charonitę i...
Charonitę? Jakiego Charonitę?, zdumiała się Madame. Podążyła wzrokiem za spojrzeniem służącej i zobaczyła, jak Porcelanowe Serce osuwa się bezwładnie na krzesełko.
Porcelanowe... Przecież... Przecież on nie żyje, wyszeptała powoli. Zrobiło jej się słabo; na szczęście jakby znikąd przy jej boku pojawił się Szept i podtrzymał ją, pomagając swej matce usiąść.
Pokręciła głową. Przecież... Sama widziałam... Przecież zabił go rytuał! "A Thairessa? Czy nie powróciła?", pomyślała nagle. "Skąd wiesz, moja droga, może Charonici rzeczywiście są nieśmiertelni? Któż może wiedzieć, co jeszcze ukrywają?"
Potrząsnęła głową i wstała. Pomóżcie mu! Gdzieś jeszcze przemknęła jej myśl, czy to nie przyniesie jej pecha, ale uciszyła ją. Przynieście mu wody!
Podeszła do stolika Charonity i zatrzymała się gwałtownie, gdy ujrzała obok niego lalkę. Przypomniała sobie słowa Szmalcownika.
"Czy ona naprawdę mówi? Czy on naprawdę zrobił jej coś złego?... Przestań! Przecież wiesz, że Szmalcownik był szalony! Twierdził, że twa córka to jego zmarła żona!" Odgoniła od siebie niepokojące myśli, ale bała się dotknąć Charonity; lalka wydawała się przeszywać ją spojrzeniem swych nieruchomych oczu. Pochyliła się więc tylko w stronę mężczyzny w masce.
Przepraszam, panie Charonito... Zaczęła niepewnie. Panie Porcelanowe Serce? Czy to pan? Czy mogę w czymś pomóc?
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Czerwona Madame 2008-12-09 18:03:58
Pozwól mi być jedną chwilą, wierszem poezji i snem...
Ciemność rozwiała się niczym mgła spowijająca jego umysł swym czarnym materiałem. Charonita znów stał na ulicy. Ponownie widział słońce... I ludzi. Tak, na pewno byli tam ludzie. Coś jednak sprawiało, że ta idylliczna scena - weseli ludzie spacerujący wzdłuż deptaku w ten ciepły dzień, szum przejeżdżających obok samochodów, jasne, niemal bezlitośnie wypalające oczy światło, nie podobała się Porcelanowemu Sercu. Każdy spośród tych elementów wydawał się jakoś niepokojąco... dziwny...
Ruszył szybkim krokiem w górę deptaku, w stronę Starego Miasta. Z każdym krokiem niepokojące elementy nasilały się. Stawały się coraz bardziej widoczne. Nie na tyle jednak, by Charonita był w stanie rozpoznać przyczynę owej nagłej zmiany postrzegania świata.
Gdy doszedł wreszcie do Bramy Krakowskiej, jego wzrok przyciągnęła pewna scena - rzadko spotykana biorąc pod uwagę porę dnia i natężenie ruchu w owym miejscu. U samych wrót bramy zauważył grupkę ludzi, którzy bezlitośnie znęcali się nad Bogu ducha winnym człowiekiem. Zatrzymał się w połowie kroku by z przerażeniem patrzeć, jak jakby w spowolnionym tempie krew człowieka bryzga na prastare mury bramy. Niemal słyszał chrzęst łamanego nosa...
I w tym momencie Porcelanowe Serce zdał sobie sprawę co było przyczyną jego niepewności. Ofiara, tak samo jak każdy z oprawców mieli identyczne twarze. Były to twarze człowieka, który dopiero co pojawił się w Mieście Cieni. Człowieka, którego sprowadziła tu Kawka. Człowieka, który...
... był wszędzie obok. W którąkolwiek stronę Charonita by nie spojrzał, każda z napotkanych wzrokiem postaci miała twarz Franza Schmelinga. Chodzili po deptaku, rozmawiali ze sobą, jeździli samochodami wciąż mając ten sam agresywny, pełen złości wyraz twarzy. Chodzili wokół początkowo nie zwracając na niego uwagi, jednak w pewnym momencie wszyscy odwrócili się w jego stronę...
"Czy mogę w czymś pomóc" zapytała właścicielka lokalu.
Charonita jakby z bólem otworzył oczy. Wciąż czuł się, jakby siły witalne go opuściły. Spojrzał pustym wzrokiem na Czerwoną Madame, lecz przez krótką chwilę miał kłopoty ze zrozumieniem tego, co mu powiedziała.
"Nie, wszystko w porządku, proszę pani. Ja tu tylko... czekam na panią Kawkę. odpowiedział jej w końcu Charonita, po czym odwrócił wzrok w stronę swojej ukochanej. Jej twarz wyrażała przerażenie, jakiego dawno nie widział. "Już w porządku kochanie, nic mi nie jest. Czuję się już zdecydowanie lepiej" rzucił w stronę lalki.
Madame cofnęła się o pół kroku i spojrzała niepewnie na lalkę, z którą Charonita najwyraźniej rzeczywiście konwersował. "Czyżby Szmalcownik rzeczywiście miał rację?..." Blada i nieruchoma twarz Porcelanowego Serca wydała się jej jeszcze bardziej przerażająca, niż zazwyczaj.
Hm, tak... Cieszę się, że nic panu nie jest,powiedziała niepewnie. Ktoś podał Charonicie szklankę zimnej wody. Pani Kawka jest u siebie... Jak sądzę. Jestem pewna, że zaraz przyjdzie. Na pewno, wymamrotała nieco nieskładnie Madame, przerażona osobą swego rozmówcy. Jeśli będzie pan czegoś potrzebował... Tak, właśnie... Jesteśmy do usług. Kiwnęła mu głową, obrzuciła lalkę ostatnim podejrzliwym spojrzeniem i z wystudiowaną godnością, maskującą strach, wycofała się pod bar.
"O, tak... Teraz już naprawdę potrzebuję wina", pomyślała.
Pozwól mi być jedną chwilą, wierszem poezji i snem...
Kawka wchodzi do Absyntu od strony prywatnych apartamentów Haremu.
Drzwi, prowadzące do części niedostępnej dla zwykłej klienteli Madame skrzypnęły cicho. Kawka o szarej twarzy, kryjąca wzrok za ciemnymi szybkami okularów weszła do kabaretu. Już na pierwszy rzut oka widać było, że daleko jej dziś było od szczytowej formy. Nawet dziwaczna suknia ze skrawków białego tiulu sprawiała wrażenie przywiędłej.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiła po przekroczeniu progu kabaretu, było podejście do baru. Oparła się ciężko łokciami o blat, zwiesiła na chwilę głowę, jakby na moment zrobiło jej się ciemno przed oczami, po czym skierowała twarz w stronę stojącego za barem chłopaka. Zwrócił się ku niej, nie przerywając przecierania ciężkiej szklanicy z rżniętego szkła. Nie odrywając łokcia od blatu uniosła rękę, wyciągając ku górze palec. Barman, najwidoczniej dobrze znający zwyczaje swego gościa, bez słowa skinął głową. Zagrzechotał lód, który po chwili zatonął w bursztynowym trunku. Jednym haustem opróżniła szklankę, przyłożyła ją na chwilę do rozpalonego czoła, po czym odstawiła z cichym stuknięciem na blat. - Dzięki. – wychrypiała. Wyciągnęła kostkę lodu z dna szklanki, przesunęła nią po spierzchniętych ustach, po czym rozgryzła z chrzęstem, poprawiając ciemne okulary. Dopiero teraz odwróciła się ku sali, dostrzegając zgromadzone tam osoby i dziwne napięcie wiszące w powietrzu.
Niedaleko od siebie dostrzegła wstrząśniętą Madame, rozszerzonymi oczyma śledzącą niby od niechcenia kręgi wina w obracanym przez nią kieliszku. Dłoń w delikatnej rękawiczce nie drgnęła, a Madame kryła wzrok pod kurtyną opuszczonych rzęs - dla osoby nie znającej Pani Haremu wyglądać mogła na zupełnie opanowaną. Kawka widziała jednak, że tak nie jest.
- Witaj, Madame. – skłoniła lekko głową. Oczy Najemniczki powędrowały za wzrokiem właścicielki kabaretu. Ruszyła ku Charonicie.
Madame, niezdolna wydać z siebie głosu, w milczeniu kiwnęła głową Kawce i odprowadziła ją wzrokiem - wpierw do stolika, przy którym siedział oficjalnie martwy Charonita, a potem do drzwi. Odwróciła się na wysokim barowym stołku. "Na piętrze przywódcy dwóch najbardziej nienawidzących się gangów, a w Kabarecie bójki, pobici pracownicy i Charonici, z których połowa jest martwa. Za dużo jak na jeden dzień. Stanowczo za dużo", pomyślała, pociągając łyk wina.
Szept, synu...
Tak, matko? Jak zwykle niezawodnie zjawił się przy jej boku, szybko i cicho jak cień.
Co z tym pobitym chłopakiem?
Kość jarzmowa cała, nic groźnego. Opuchlizna zejdzie za kilka dni, jak sądzę, powiedział obojętnym tonem, ale widziała, że był poruszony całym zajściem. Nie zostanie ani ślad, dodał, spuszczając wzrok.
To dobrze, odparła, kładąc dłoń na jego głowie.
Ulice Miasta Pod były zawsze ciemne, ciemniejsze, niż potrafiłabym sobie to wyobrazić, zanim tam trafiłam. Długie miesiące spędzone pod opieką Cara przygotowały mnie na to, jednak wciąż czułam się niepewnie w ciasnych uliczkach, gdzie żyją jedynie cienie.
Wracałyśmy do miejsca, gdzie wtedy znalazłyśmy schronienie - ja i dwie dziewczyny, które wzięłam pod opiekę, moje najstarsze córki - choć wtedy nie nazywałam ich tak. Stukot naszych obcasów odbijał się echem chichotu przechodniów, ściągał ciekawskie spojrzenia, wywoływał uśmieszki pogardy.
Madame, słyszała pani? Jedna z dziewczyn przystanęła obok przejścia między dwoma kamieniczkami. Odwróciłam głowę w tamtą stronę; cichy jęk był ledwo słyszalny, pełen bólu. Chciałam iść dalej - czy nie dość było już kłopotów? - jednak ciekawska prostytutka już skierowała swe kroki w stronę cierpiącego człowieka, skrytego wśród cieni. Poszłyśmy za nią.
Najpierw myślałam, że zakrwawione ciało należy do dziewczyny; szczupłe, wiotkie, o bladej skórze. Przyciśnięta do bruku twarz o delikatnych rysach i dużych, ciemnych oczach, podkrążonych z cierpienia. A jednak... To młody chłopak leżał tam, w ciemnej uliczce, pobity, skrzywdzony, zapomniany przez wszystkich.
Wbrew swemu rozsądkowi podeszłam i uklękłam obok niego; całe plecy miał poorane długimi, cienkimi ranami. Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób mu to zrobiono. Nie bój się, szepnęłam. Nie odpowiedział; patrzył na mnie z mieszaniną złości, zrezygnowania, strachu i... Nadziei?
Kto ci to zrobił? Brak odpowiedzi. Możesz wstać? Wciąż cisza. Westchnęłam i pokręciłam głową. Jak masz na imię?
Krew w moich żyłach ścięła się w lód. Wspomnienia, stłamszone gdzieś w odmętach umysłu, krzyczały zza krat zapomnienia, założonych przez Cara. To imię... Tak podobne...
Nie wiedząc, co robię, pochyliłam się i położyłam dłoń na jego rozpalonym czole. Nie bój się, szepnęłam. Już jesteś bezpieczny...
Madame potrząsnęła głową, westchnęła. Twarz jej syna była bledsza niż zwykle; mocno makijaż oczu nie poprawiał sytuacji. Choć minęło tyle lat od czasu, gdy musiał sprzedawać się byle komu na ulicy, a cienkie blizny na plecach - jedyną skazę na jego ciele - dawno pokrył misterny tatuaż, przemoc wciąż napełniała go strachem.
Spojrzał na nią pytająco; uśmiechnęła się. Przepraszam, mój synu, zamyśliłam się. Poprawiła się na stołku, odrzucając czarną suknię z kolan, i wskazała na miejsce obok. Proszę, dotrzymaj mi towarzystwa. Ostatnio nie wychodziłam... Opowiedz mi, co słychać na mieście, mój drogi.
Szept usiadł bok niej, a Czerwona Madame sięgnęła znów po swój kieliszek, błądząc myślami po Mieście Cieni.
Pozwól mi być jedną chwilą, wierszem poezji i snem...