Krzesło przesunęło się po posadzce z przeraźliwym zgrzytem. Trinovantes poprawił okulary o okrągłych ciemnych szkłach, powoli wstał od stołu wspierając się laską o smoczej głowie. Spojrzał na cylinder spoczywający na stole, jednak najwyraźniej zdecydował się pozostawienie go na miejscu. Odwrócił się w stronę mnicha.
Chwileczkę. Nie wszystko zostało jeszcze powiedziane.
Poprawiając kosmyk włosów, który opadł na twarz zrobił kilka kroków w stronę organizatorów zebrania.
Doceniam wasze przybycie i mimo okoliczności rad jestem wielce was poznać. Mam nadzieję, że wspólnie zapobiegniemy nadchodzącemu niebezpieczeństwu.
Nastała chwila ciszy zawisła w powietrzu. Wypowiedziane słowa dla wielu był zagadką. Czy władca dalej zamierza siedzieć w wieży czy planuje w końcu zacząć działać. Akustyka pomieszczenia dawała wspaniałe możliwości dla potencjalnych oratorów. Słowa króla były wyraźnie słyszalne w całej bibliotece.
Jestem jednym z opiekunów tego miasta, a osób, którym zależy na jego dobru jest wiele. Nie znam waszych metod, zatem od razu zaznaczam, że nie pozwolę na nic co będzie krzywdziło w jakikolwiek sposób mieszkańców tego miasta. A co jest krzywdzące dla kogo, możemy mieć różne tego pojmowanie. Pragnę współpracy. Przy waszym doświadczeniu wierzę, że będziemy w stanie zażegnać niebezpieczeństwo i sprawić by sytuacja w przyszłości się nie powtórzyła.
Zrobił krok do przodu w stronę Bernarda pochylając się lekko. Następne słowa słyszalne były jedynie dla ich najbliższego otoczenia.
Jednak zwracam się do ciebie z prośbą o szacunek względem naszych osób. Zapewniam cię, że w te skorupy nie są puste i mając ich poparcie zrobicie więcej niż bez niego.
Odchylił się z powrotem opierając się o laskę i jednocześnie uderzając nią o ziemię. Stukot rozległ się echem po sali sprawiając wrażenie zakończenia rozprawy. Trinovantes stał wpatrzony w mnicha. Na jego twarzy ciężko było wyczytać jakiekolwiek emocje.
Pewne jest, że wprost proporcjonalnie do rozwoju osady potrzebne były nowe rozwiązania techniczne, które utrzymywały osadę czy później już miasto, na tym właśnie poziomie. To forma standardu czy jak kto woli, niezbędnego luksusu.
Nagle wizje ja opuściły, zostało tylko echo. Mogła odpocząć, rozdygotana i wystraszona. Siedziała, na pół wnikając w jedną z półek, skulona.
Przed oczami wciąż miała rozszarpywanego na strzępy Dandysa...
Próbowała się uspokoić. Słowa Nubuka działały kojąco, po chwili już panowała nad sobą w stopniu na tyle dobrym, aby móc do niego mówić.
- Zaczęło się od wspomnienia przybytku Menrei. Myślałam, że to raczej pamięć, nie wizja. Ale to się zaczęło rozwijać. Łańcuch... Łańcuch wychodzący stąd... - wskazała na swoje serce - na drugim końcu twoje ciało... I strzępy ciała Menrei...
Urwała na chwilę, żeby się uspokoić. Znów zaczynała drżeć.
- Zaczęłam się zmieniać... W jakiegoś niesamowitego potwora... Taki zbitek ostrzy, kolców... To było okropne! - zasłoniła twarz dłonią. - I ten głos... Jakby Gargoyla cedziła mi do ucha... "Witaj, nowy upiorze Miasta Cieni... Ty, Która Wysysasz Życie..." - zacytowała. - Próbowałam odgonić... Wtedy zrzuciłam książkę... Nubuk, przepraszam... - popatrzyła mu w oczy. - Nie chcę robić kłopotów, ale... Nie...
Głos cichł jej wraz z zatracaniem się w kolejnej wizji...
Widziała teraz Miasto. A raczej to, co z niego zostało. Siedziała na ruinach kamienicy, wdychając zapach spalenizny. Woń cierpienia. Fetor palących się ciał. Upajała się tym.
Pod mostem płynęła rzeka. Czerwona rzeka krwi, pachnąca żelazem i cierpieniem. Przeniosła się na barierkę i spojrzała w dół. Skołtunione włosy zasłaniały czujne oczy drapieżnika. Resztki stroju ozdabiały stwora, który kiedyś był dzieckiem. Między piersiami wystawały ogniwa łańcucha, który wlekł się daleko, ciężki od trofeów i ofiar.
Czuła, że nie jest sama. Za nią stanęły dwie inne istoty. Jedna była równie pokraczna co ona, choć potężniejsza, większa, męska, a jej łańcuch zdawał się nie mieć końca. Co było po drugiej stronie, nikt nie wie.
Tuż obok, z dziwnym rozczuleniem w oczach, stała Gargoyla. Jakże piękna w swym odrażającym majestacie. Skinęła głową.
- Tak, córeczko... Od dziś wędrujemy jako trójka upiorów...
Złowrogi szept wydawał się napawać dumą. Thairessa skapitulowała, nie mogąc już bronić się i panować nad swoim ciałem.
Zwłaszcza, że nie miała da kogo się trzymać. Morze czerwieni było ciche i pachnęło słodkim żelazem. Krwią. Utraconym życiem.
Martwym miastem.
Wizja zakończyła się, ale Thairessa nie dawała rady się pozbierać. Siedziała, patrząc się tępo przed siebie.
- Koniec... - wyszeptała tylko. - Koniec przeze mnie... I Gargoylę... Matko...
Uduchowione Dziecię Ulicy... Tylko nieliczni ją słyszą, jeszcze mniej widzi
"...Zapewniam cię, że te skorupy nie są puste..." słowa Trinovantesa wywołały jakiś pół-smutny, pół-gorzki uśmiech na twarz Hinduski...
Jednak temu, co mówił Król-Z-Wieży poświęcała tylko część swej uwagi.
Gdyby Thairessa... Gdyby Thairessa nie była teraz tak opętana tym, co się działo w jej głowie, gdyby nie była tak zaaferowana i opanowana przez wizje i odwróciła się, albo po prostu skupiła na chwilę na tym, co się wokół niej dzieje... być może poczułaby czujne, obsydianowe spojrzenie uparcie wwiercające się w jej plecy.
Bernard zatrzymał się i, w tej nagłej, niewzruszonej pozycji, wysłuchał tego co nagle poprzez siebie, do powiedzenia mieli zgromadzeni w Wielkiej Bibliotece. Wnet odwrócił się na pięcie i na powrót zdjąć kaptur, a wyraz jego twarzy był nieodgadniony. Oczy lśniły, odbijając oświetlające wnętrze płomienie świec, wydatne kości policzkowe rzucały na śniadą karnację głębokie cienie.
Jego wzrok wpierw powędrował ku Sumati, a w jego głębi zapalił się ognik:
- Pani, oczekiwałem po Pani nieco mniej pochopności i nieprzemyślanych sądów, niż raczyłem byłem dziś usłyszeć. Kto jak kto, ale dama o tak potężnej wiedzy i nieprzeniknionej mądrości winna, w mym wyobrażeniu, za plugawe uznać sądy które przychodzą do głowy w zwykłym porywie serca. Nazywasz moje słowa proroctwem i mglistym oskarżeniem, tymczasem ja mówię Ci o faktach. Jeden z mieszkańców Lublina Pod uwolnił z Więzienia, w którym ją skryliśmy, bestię. Jak bardzo mgliste jest więc proroctwo, poparte porzuconymi i zbezczeszczonymi przez demona zwłokami? Ile trupów musi zgnić na twych oczach, żebyś uznała, że nie proroctwo jest to, lecz fakt?
Mówił to spokojnie, a jednak drżała w nim dobrze wyczuwalna złość. Kiedy skończył, skłonił się Dhanray Bashkar i wzrok swój przeniósł na Nubuka Pod-Nad-Krążcę. W kąciku jego oczu skrzyła ironia:
- Pochowałeś więcej ludzi niźli ja skazałem? Haha... W takim razie to zaświadczyć powinno o mym miłosierdziu, prawda? Jesteś pyszny, Nubuku, chełpisz się tym, że jesteś Czystym i zdaje Ci się, że to daje Ci moc. To kłamstwo i podobnie jak Sumati, popełniasz kardynalny grzech - jesteś pochopny w swych wnioskach. Wiedzieć bowiem powinieneś, że niektórzy z nas tutaj zebranych chodzili po tym świecie tysiące lat nim Ty się narodziłeś. Lublin Pod jest młodym Miastem Cieni, a trzeba Ci wiedzieć, że wśród nas jest ten, który widział starożytny Babilon i ten, który umknął z zatopionej Thery...
I jeszcze jedno - zarzucasz nam spóźnienie, podczas gdy to Wy, mieszkańcy, a nie my, Trybunał, wywołaliśmy wstrząsy. To Wy wypuściliście demona, który teraz grasuje w ciemności. To Wy, powodowani egoizmem i chorobliwą dumą w pierwszej chwili gdym przyszedł ze swoją sprawą, uznaliście żem przybył tu palić i mordować, miast ratować te życia, które są tego jeszcze warte. Być może Wy jesteście już zepsuci i przesiągnięci chorobą toczącą wszystkie Miasta Pod, lecz są tacy co nie są i im należy się wybawienie...
Tu skierował wzrok ku siedzącej przy jednym ze stołów dziewczynce i przyjrzał się uważnie, nie pomijając żadnego szczegółu. Zdawało się nawet, że uśmiechnął się lekko, nim w końcu odwrócił się do Trinovantesa:
- Czcigodny Królu, wybacz, jeśli reakcja ma zdawała Ci się być brakiem szacunku dla innych. Takoż nie jest, choć czasami brzemię spędzonych na świecie lat sprawia, że nużą mnie czcze gadki, puste pytania i pochopne wnioski. Jeśli oczekujesz konkretów, chętnie zaproponuję Ci jeden - pozwól nam, Panie, przesłuchać najmożniejszych mieszkańców Lublina Pod. Pozwoli to nam dociec do prawdy i, być może, odnaleźć kryjówkę gdzie schowała się bestia, znamy bowiem ją aż za dobrze. Ją i jej tendencję do zaczajania się w samym środku ważnych ludzkich spraw i jesteśmy przekonani, że już nawiązała ona kontakt z żyjącymi. Być może ktoś coś zauważył, być może ktoś uznał, że coś niedobrego dzieje się z jego towarzyszem... Jesteśmy pewni, że ktoś coś wie!
Gdybyś zechciał, jako Król, zmotywować możnych do rozmowy z nami. Gdyby mogli przybywać w pojedynkę w odpowiedzi na wysyłanych przez nas posłańców. Istnieje wtedy szansa, że szybko znajdziemy Tego-Który-Otwiera-Drzwi, bo takie wśród nas nosi imię. Zastanów się, Trinovantesie, czy zechcesz nam pomóc, czy też zostawisz nam wolną rękę. Osobiście doradzam do pierwsze...
To mówiąc Bernard skłonił się lekko królowi, na znak iż zbierać się będzie do wyjścia i założył kaptur. Wtem jeden z jego braci pochylił się nad nim i bezgłośnie szepnął mu coś do ucha, sprawiając, że mnich z Hathersage przystanął i na powrót odwrócił się do zebranych:
- Byłbym zapomniał, gdyby nie pamięć brata mego - na jego twarzy wykwitł drapieżny uśmiech - Ciekawi bowiem jesteśmy, czy żyje jeszcze nasz stary przyjaciel. Pewien dość ekscentryczny osobnik, którego dane nam było poznać kiedyśmy poprzednio gościli w tym mieście. Czy znacie, o czcigodni, niejakiego Tanatosa Żałobnika, opiekuna cmentarza? Niegdyś byliśmy ze sobą dość blisko, stąd ciekaw jestem co u niego..?
Sumati odwróciła wzrok od Thairessy, by znów spojrzeć na smagłą twarz mnicha.
W Mieście Cieni żyje wiele istot, których jestestwo wykracza daleko poza ludzkie możliwości pojmowania, a uświadomienie sobie samego faktu ich istnienia zburzyłoby delikatne konstrukcje umysłowego porządku większości ludzi. Wśród nich są też demony, wśród nich są także istoty śmiertelnie niebezpieczne. Jednak ten stan rzeczy trwa od czasów, gdy narodził się Lublin Pod a właściwie jeszcze dłużej. Sam fakt, że żyjemy na krawędzi Otchłani sprawia, że Lublin Pod jest bardzo... interesującym miejscem. Ale właśnie dlatego od ciebie, ZWŁASZCZA od ciebie oczekiwałam konkretów, Bernardzie z Hathersage, a nie wytartych już od ciągłego powtarzania słów o czyhającym niebezpieczeństwie.
Teraz do jakichś konkretów doszliśmy.
Sumati patrzyła na mnicha z beznamiętnym spokojem.
WIEM, że miałeś powód, by przybyć. - Guru uśmiechnęła się, jakoś dziwnie. - Chociaż w intrygujący sposób zawęziłeś MOJĄ listę powodów, dla których mogłeś się tu zjawić.
Rad jestem słysząc te słowa. Oczywiście zechcę z wami współpracować i mam nadzieję, że pozostali będą tak samo chętni. Chciałbym brać udział w tych rozmowach, które będą przeprowadzane. Chciałbym się także zgłosić jako pierwszy.
Ciężko określić do miała wyrazić jego twarz. Niby uśmiech począł się pojawiać, jednak znikną zablokowany. Czy cieszyły go słowa skierowane do Sumati i Nubuka czy odpowiedź mnicha. Może obie te rzeczy.
Jeżeli zaś idzie o osobę Tanatosa. Tak, żyje i dalej opiekuje się cmentarzem.
Pewne jest, że wprost proporcjonalnie do rozwoju osady potrzebne były nowe rozwiązania techniczne, które utrzymywały osadę czy później już miasto, na tym właśnie poziomie. To forma standardu czy jak kto woli, niezbędnego luksusu.
Dziecko Ulicy z trudem zbierało się w garść. Wciąż jeszcze patrzyła przed siebie z przerażeniem, ale powoli zaczęła się poruszać. Rozejrzała się powoli po sali, nie do końca wiedząc, co się niedawno działo naokoło, jakie były debaty, o czym... Jej wzrok zatrzymał się na Sumati. Wciąż jeszcze rozszerzone z przerażenia oczy przypominały oczy prawdziwego widma, nie dziecka.
Uduchowione Dziecię Ulicy... Tylko nieliczni ją słyszą, jeszcze mniej widzi
Poczuła się troszkę zawiedziona, że to jeszcze nie koniec, choć pewną przyjemność sprawiło jej, że mnich - Bernard, to było jego imię - złajał potężną Sumati i Krążcę jak małe dzieci. Ale odsunęła od siebie to uczucie - nie była to jej sprawa, w sumie nie powinna oceniać ich po tym, co widziała. Zapewne mieli powody, by wydawać takie a nie inne sądy.
Jak dobrze, że nie należy do tych, którzy muszą rozwiązać ten problem! Miała w końcu dość własnych.
Zegarek na jej piersi zwalniał, a Maja czuła się coraz bardziej senna - dwa najwidoczniejsze objawy tego, że Zegarek wymaga nakręcenia. Wolała jednak nie robić tego tu i teraz. Czułą się dość nieswojo w towarzystwie mnichów - choć przecież nie miała żadnego związku ze sprawą, o której mówili.
"Każda wystarczająco zaawansowana Technologia jest nieodróżnialna od Magii"...
..."Każda technologia odróżnialna od magii jest niewystarczająco zaawansowana"
"Jeżeli zaś idzie o osobę Tanatosa. Tak, żyje i dalej opiekuje się cmentarzem."
Bernard uśmiechnął się szeroko na te słowa: - Doskonale, doskonale, w takim razie niebawem złożę mu wizytę...
A wracając do przesłuchań - Królu, racz wyznaczyć w mieście kwaterę, gdzie ja i moi bracia w spokoju przeprowadzać będziemy rozmowy z każdym możnym mieszkańcem miasta. Gdybyś równocześnie był tak miły i zechciał poinformować mieszkańców o tym zamiarze, być może za pośrednictwem publicznej przemowy lub ogłoszenia, aby nikt nie był zdziwiony naszym postępowaniem. I ostatnie, czcigodny Trinovantesie, potrzebujemy listy najważniejszych osób w mieście. Takich które się liczą i których imię znane jest wśród gawiedzi...
A kiedy będziesz gotów i neutralna kwatera także będzie do naszej dyspozycji, zapraszam Cię przeto, skoroś pierwszy zaoferował się iż poddać się chcesz oficjalnemu przesłuchaniu Trybunału.
Rozumiem. Dostarczę wam listę, o którą prosicie. Jeżeli idzie o lokum to myślę, że coś się znajdzie. Możliwe nawet, że tutaj w bibliotece. Do jutra się wyjaśni.
Odwrócił się plecami do mnicha, po czym ruszył powoli do stołu, na którym wciąż spoczywał jego cylinder.
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Trinovantes 2009-01-21 00:36:54
Pewne jest, że wprost proporcjonalnie do rozwoju osady potrzebne były nowe rozwiązania techniczne, które utrzymywały osadę czy później już miasto, na tym właśnie poziomie. To forma standardu czy jak kto woli, niezbędnego luksusu.