Sumati spłoszonym, dziwnie nerwowym ruchem obejrzała się na nagły hałas. To chyba ulga błysnęła w jej oczach, gdy spostrzegła, że to "tylko" książka zrzucona przez Thairessę. Jednak... Hinduska widziała, że z Wizjonerką było coś nie tak, coś źle... Ale to będzie musiało zaczekać... Po sekundzie wahania Sumati zagłębiła się z powrotem w fotel loży, powoli odwracając wzrok w stronę zakonników. Powoli. Bardzo powoli a jej czarne oczy czujnie prześliznęły się po mrocznych zakamarkach Czytelni i ciemnych taflach szyb okiennych.
Pozornie nie słuchał słów Bernarda, cały czas kartkował księgi, które dostał tego dnia. Mimo tego, jego twarz odzwierciedlała stosunek do słyszanej opowieści. Były to jego wspomnienia, odebrane mu na zawsze.
Zaczął od tej większej, tej od bibliotekarza. Znalazł interesującą go stronę, przeczytał uważnie, tracąc fragment historii Miasta Cieni. Potem wziął drugi tom, prezent od Sumati. Zdążył go otworzyć i przeczytać kilka pierwszych wersów, kiedy Bernard skończył swój monolog. Podniósł na niego zimny wzrok.
- Gładko przychodzi ci mówić o śmierci, Bernardzie. Tylko czyją śmierć masz na myśli? Tych zabitych przez demona, gnijących w Więzieniu czy tą najokrutniejszą, która przypadnie osobie, która uwolniła zło? Znam jedną osobę, która wyszła z Więzienia i Sędzia już go ukarał. - w jego słowach nie było zarzutu, raczej smutek.
Głośny huk przerwał jego wypowiedź. Nubuk odchylił się do tyłu zobaczył wciskającą się w półkę Thairessę, zastygłą z przerażenia. Odwrócił się do mnichów.
- Państwo wybaczą... - powiedział uniżenie i wstał z fotela.
Podszedł do Thairessy. Podniósł z ziemi księgę i kawałek Kurjera. Przyjrzał się nieudolnemu rysunkowi Jenkina. Zaczął powoli zbierać i układać strony w kolejności.
- Jestem, Dziecko. Co się stało? - mówił cichym głosem do Thairessy.
Lubelski Pod-Nad-Krążca, Handlarz Opowieściami i Innym Towarem Jakimkolwiek
- Ja... Bo...
Próbowała coś wydusić z siebie, ale nadeszła dalsza część wizji, zamrażając Thairessę w bezruchu i niewidzącym, pustym wzroku.
Przemiana dobiegała końca, a złowrogi szept nie ustawał. Przeciwnie, nabierał sił, mówił o potędze, o władzy. I mówił to tak pieszczotliwie, niczym matka zadowolona ze swego dziecka.
- A teraz idź... Łańcuch nie jest niewolą, to ozdoba...
Posłuchała, choć wcale nie chciała. Pomknęła w górę po ścianie budynku, na dach. Byle w górę.
Thairessa była jak nieprzytomna, nieobecna. Bezwiednie poruszała rękami i nogami, jakby się wspinała, choć zostawała w miejscu. Nawet lewa, bezwładna, zabawnie podrygiwała w temblaku. Ale to wszystko nie było zabawne. Nagle zatrzymała się.
Na dachu siedziała pokraczna istota, niczym paranoidalny gargulec o kolcach wystających z każdego miejsca ciała. Długie szpony wbiła w gzyms. Spojrzała w dół, gdzie na łańcuchach wisiały strzępy. Jeden łańcuch, główny, szarpał sercem istoty, będąc do niej przykutym, za każdym razem, gdy wiatr trącał odnogi. Tu zakołysało się ciało Nubuka. Zaraz obok zwisały zakrwawione strzępy katowskiego kaptura, uderzając rytmicznie o porcelanową lalkę. Białe strzępy sukni Kawki tworzyły welon okalający zastygłą w przerażeniu twarz Madame. Obok kołysały się strzępki innych osób...
Thairessa pobladła jeszcze bardziej niż zwykle. Zanim zapadła znów w wizję, zdołała wydusić do Nubuka kilka słów.
- Nie chcę... stać się nowym... potworem... tego miasta...
Łańcuchy szarpały sercem, ale te już nic nie czuło. Poruszenie wywalało jego bicie. Wiatr historii wiał dla tego właśnie poruszenia, niczym wielki zegarmistrz nakręcający zegarek masakry.
Stwór uniósł głowę, węsząc. Rozdęte nozdrza wychwyciły słodką woń życia. Ktoś jeszcze pozostał w Mieście Cieni. Wdychał zapach, napawając się nim. A potem nagle to, co kiedyś było Thairessą, ruszyło na łowy z cichym, mruczącym wyciem rozkoszy i skrobaniem pazurów o dachówki.
Nikt nie słyszał, jak resztki ludzkiego, naiwnego dziecka krzyczą w bezsilnej rozpaczy w bestii, która właśnie zeskakiwała z dachu na bruk...
- Nie... Tylko nie Dandys...
Po martwym policzku spłynęła eteryczna łza.
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Thairessa Wizjonerka 2009-01-19 15:46:57
Uduchowione Dziecię Ulicy... Tylko nieliczni ją słyszą, jeszcze mniej widzi
Bernard z Hathersage zaśmiał się tylko, gdy Nubuk wygłosił swą kwestię i wstał powodowany nagłym, dochodzącym z głębi pomieszczenia, dźwiękiem upadającej księgi. Zdawało się, że mnisi nawet tego nie zauważyli, kiedy jednak Pod-Krążca odszedł Bernard wstał nagle i gromkim głosem, wypełniającym całą Wielką Bibliotekę zwielokrotnionym echem, powiedział głośno i jasno:
- Śmierć o którą pytasz wyjdzie na ulice Miasta Pod i zmiecie je z powierzchni, jak niegdyś z powierzchni zmiotła wiele podobnym Lublinowi miast. Nie czas boczyć się jak chłopczyk na ostre słowa, Czysty, śmierć bowiem przyjdzie po Ciebie i innych szybko, a jej żniwo będzie krwawe i potworne. Śmierć już tu jest, czy tego nie czujesz?! Nie minie wiele dni, nim potworności które w swej pysze i zadufaniu przywróciliście do życia, rozszarpią Wam gardła! Krew spłynie rynsztokami tego miasta. Już teraz czarna łuna zwiastuje zbieranie się najbardziej złowieszczych mocy, tutaj, pośród Was, którzy zajęci są spiskowaniem przeciwko sobie i nędznymi układzikami, które i tak wkrótce stracą znaczenie. Kiedy Wasze nagie, pozbawione czci ciała, gnić będą na pustych ulicach!!!
Echo jego głosu dudniło przeraźliwie w głowach wszystkich zgromadzonych w Wielkiej Bibliotece a jego oczy płonęły wewnętrznym ogniem. Zapadła głucha cisza, przerwana tylko dźwiękiem skrzypiącego fotela, gdy Bernard zasiadł nań z powrotem. Po chwili odezwał się znowu, tym razem cicho, jakby nagle dopadło go śmiertelne zmęczenie i marazm:
- To nie będzie koniec - jego głos brzmiał niemal jak szept - Kiedy już skończą z Wami, wyjdą na zewnątrz. Waszą krwią pożywią się i urosną w siłę. Lublin Nad będzie następny...
Siedziała i słuchała, co do powiedzenia mają dziwni mnisi. Kiedy usłyszała o demonie zmarszczyła brwi. Nie, nie była to rzecz do zaakceptowania, nie dla niej. Duchy, upiory, demony - brednie, bajki, bzdury. Dziwiła się, ze tak - jak się wydawało - poważni ludzie tak poważnie traktują te opowieści. Zdecydowanie bardziej zainteresowało ją zachowanie Krążcy, reakcja na jakąś książkę, która spadła z półki. Poderwał się z miejsca, niemal podbiegł do tego miejsca, troskliwie zebrał kartki i... powiedział coś? Uważnie przyglądał się przestrzeni w którą się wpatrywał, ale nie była w stanie dostrzec niczego. Czyżby Nubuk, Pod-Nad Krążca miał halucynacje? Uśmiechnęła się kwaśno.
Jednak kiedy mnich przemówił gromkim głosem na chwilę przerażona wcisnęła się głębiej w fotel - z zaskoczenia, strachu, wyczuwszy, że wierzy on w to co mówi - i bardzo chce przekonać swoich rozmówców.
Potrząsnęła głową. Kiedy to nie pomogło zamknęła oczy i siłą woli uspokoiła oddech. Jej ręka odruchowo powędrowała do Zegarka, jednak udało się jej powstrzymać w ostatniej chwili. Zwiesiła głowę i w przytłaczającej ciszy próbowała ułożyć w głowie wszystko, zrozumieć. Wbrew sobie musiała na chwilę założyć, że mnich ma rację. Wciąż zapominała że ten świat jest mniej racjonalny niż tamten Nad. Którego się wyrzekła, ale wciąż nie mogła, nie umiała porzucić racjonalnego myślenia, które winno cechować naukowca - a takim wszak chciała zostać. Zacisnęła roztrzęsione dłonie i uśmiechnęła się w zadumie, po raz pierwszy zadowolona, że obok są Ci Wielcy - wszak to ich, Wielkie sprawy. Oni muszą się z tym uporać. To jej nie dotyczyło.
Już spokojniejsza rozejrzała się po bibliotece. Byłą z siebie zadowolona - planowała z kimś porozmawiać, a ponieważ tutaj takich osób było aż w nadmiarze miała duże szanse, że się jej uda.
Rozluźniła się i uważnie obserwowała tych, na których uwagę czekała.
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Maja, Córka Zegarmistrza 2009-01-19 20:38:48
"Każda wystarczająco zaawansowana Technologia jest nieodróżnialna od Magii"...
..."Każda technologia odróżnialna od magii jest niewystarczająco zaawansowana"
Ostatnie słowa mnicha przebrzmiały i rozpłynęły się w piorunującej nagle ciszy Czytelni. W końcu Hinduska odezwała się ze spokojem: Rozumiem, że przybyłeś do nas w konkretnym celu, Bernardzie z Hathersage. Czy możesz nam go zdradzić?
Przez chwilę po twarzy Bernarda z Hathersage przesunął się wyraz zdumienia przemieszanego z przeraźliwie zaskoczoną ironią a w oczach jego zawrzał ogień, jakby w skrytości swego ducha wykrzyknąć chciał Głupcze!. Opanował się jednak w porę, wziął głęboki oddech, po czym matowym głosem, nie patrząc na nikogo lecz w przestrzeń przed nim samym, z oczyma w których odbijać mogłyby się płomienie stosów czarownic, odrzekł spokojnie: - Przybyłem tu aby spętać zło raz na zawsze, a winnych za ich wolność doprowadzić pod sąd. Przybyłem, aby zapobiec śmierci Waszych marnych skorup, oraz śmierci niewinnych ludzi z Miasta Nad, oraz z wielu innych miast na które rozprzestrzeni się zaraza, jeśli nie zostanie powstrzymana. Przybyłem z rozkazu Trybunału i nie potrzebuję Waszego pozwolenia. A skoro na współpracę też liczyć nie mogę - cóż, w takim razie pozostają mi... własne metody...
Zebrani mogliby niemal przysiąc, że kiedy wypowiadał ostatnie słowo, na jego twarz przez sekundę wypełzł złowieszczy uśmieszek. To mówiąc Bernard z Hathersage wstał, a wraz z nim wstało także dwóch zakapturzonych mnichów.
- Teraz udamy się na spoczynek, aby od jutrzejszego rana rozpocząć pracę - rzucił bardziej do towarzyszy niż do reszty zebranych, po czym wszyscy trzej ruszyli w kierunku drzwi wejściowych do Wielkiej Biblioteki.
Obserwowała wychodzących mnichów ze zdziwieniem. Zaskoczyli ją - nie spodziewała się, że zareagują w tak gwałtowny sposób na słowa Sumati - których zresztą do końca nie rozumiała. Przecież powiedzieli, po co przybyli, więc jej pytanie zdawało się być nie na miejscu.
- Nie mój problem - szepnęła.
Wyprostował się na krześle i wróciła wzrokiem do siedzących nieopodal.
"Każda wystarczająco zaawansowana Technologia jest nieodróżnialna od Magii"...
..."Każda technologia odróżnialna od magii jest niewystarczająco zaawansowana"
Porządkując strony przyglądał się spanikowanej Wizjonerce. Był zaskoczony jej zachowaniem. Wiedział, jak straszne potrafiły być jej wizje, jak bardzo okrutne i makabryczne. Słyszał wiele z nich, do niektórych przeniknął... Jednak czegoś takiego nie widział. Był bezradny.
- Nie chcę... stać się nowym... potworem... tego miasta... - powiedziało drżącym głosem Dziecko Ulicy.
Zadrżał na całym ciele i zamknął oczy. Pod powiekami widział most zamkowy i scenę, dziwną mieszaninę radości i horroru, która się tam rozegrała. Szczęście, kiedy odnalazł Thairessę, szaleństwo Dandysa i strach Kawki, dziwną satysfakcję, kiedy szli do warsztatu Alberta A przede wszystkim, przypomniał sobie Otchłań sięgającą wprost do jego serca.
- Nie zostaniesz. - wychrypiał. Miało to brzmieć mocno i pewnie, a wyszło tak nijako... Głos uwiązł mu w gardle, żadne z wielu zaplanowanych słów pocieszenia nie wyszło z jego ust.
- Nie... Tylko nie Dandys... - wypowiedziała kolejne słowa, zupełnie nieświadomie.
- Jest pod dobrą opieką, nic mu nie będzie. Albert jest jednym z najpewniejszych ludzi, jakich znam. Oddałby za mnie życie. - teraz wyszło mu to dużo lepiej. W to dużo łatwiej było mu uwierzyć.
Jego ręce błądziły po posadzce, zbierając pożółkłe kartki i zupełnie bezmyślnie wkładając je w okładki. Za jego plecami trwała tyrada Bernarda. Nie patrzył w jego stronę, chociaż słuchał go bardzo dokładnie. Co rusz wydobywał z siebie kolejne zapewnienie o pomocy i trosce, kierowane do niesłyszących uszu Thairessy, w nadziei, że jego głos chociaż trochę ukoi jej męki.
- Teraz udamy się na spoczynek, aby od jutrzejszego rana rozpocząć pracę. - głos mnicha przebrzmiał za Nubukiem.
Czysty odłożył zniszczoną księgę. Zdjął rękawiczkę z martwej dłoni. Powoli odwrócił się i stanął przed Bernardem. Jakże dziwnie przy nim wyglądał! Krępy, smagły mnich przy bladym, cherlawym Krążcy. Frater, przemawiający głośno i dostojnie obok cichego, pospolitego Handlarza Opowieści. On, z ogniem w oczach, fanatyk, przy spokojnym, zrównoważonym Bajarzu...
- Bernardzie z Heathersage. - Czysty ukłonił się przybyszowi z szacunkiem - Pochowałem więcej ludzi, niż ty skazałeś. Nie raz zaglądałem Kostusze w oczy i zęby, szarpałem się z nią o zdobycz i wyrywałem z jej przegniłych łap. Nie boję się śmierci, owszem, kiedy przyjdzie, powitam ją z radością, jako wierną przyjaciółkę. - westchnął cicho i potarło czy czarną dłonią, po czym wbił wzrok w mnicha - Ale ci ludzie chcą żyć i mają do tego prawo. Pomogę ci odnaleźć zło i je zwalczyć, zrobię to z najwyższą chęcią. Ale nie będę ci asystował, kiedy będziesz znęcać się nad skazańcem. - ostatnie zdanie wypowiedział ze szczególnym naciskiem i zawiesił głos, lekko uśmiechając się. Podjął monolog z nutą kpiny w głosie - Wolę pokutę niż przykładne okrucieństwo. Jeśli pozwolisz im odkupić winy, pomogą ci bardziej niż myślisz. - znowu przerwał. Popatrzył na zgromadzonych w bibliotece ludzi. Kiedy wznowił wypowiedź, przemawiał przez niego smutek - Nie mówisz niczego nowego, obwieszczając, że śmierć zawitała do Miasta Cieni. Spóźniłeś się, jej żniwo zaczęło się, kiedy ziemia zadrżała. Dopiero teraz sytuacja się trochę uspokoiła, ale nie trzeba geniusza, żeby wiedzieć, że to tylko cisza przed burzą. Skoro nasz dom dalej płonie, powinniśmy zająć się raczej gaszeniem i ratowaniem dobytku, niż szukaniem podpalacza, prawda?
Cały czas mówił cicho, ale wyraźnie i z mocą, jako Czwarty, nie jako włóczęga i uliczny filozof. Kiedy skończył, zmierzył zimnym spojrzeniem wszystkich trzech braci, po czym ukłonił się nisko.
- Żegnam, Trybunale. Spotkamy się jeszcze nie raz. Mam nadzieję, że po tej samej stronie.
Znowu kucnął przy książce, zaczął zbierać rozsypany papier, jakby nic się nie stało. Tylko ci, którzy siedzieli najbliżej, mogli usłyszeć jego troskliwy szept:
- Już jestem, Dziecko.
Lubelski Pod-Nad-Krążca, Handlarz Opowieściami i Innym Towarem Jakimkolwiek
Fakt, że zebraliśmy się tutaj świadczy o otwartości i gotowości przynajmniej do wysłuchania ciebie, Bernardzie z Hathersage. Jak na razie jeszcze nic nie dowiedzieliśmy się o ewentualnym skazańcu czy skazańcach, ani o twych konkretnych propozycjach działania.
Odparła spokojnie Sumati ze swojego miejsca.
Do tej pory usłyszeliśmy tylko wielkie słowa o czyhającym niebezpieczeństwie i śmierci, ale Handlarz Opowieściami ma w pewnym stopniu rację - nie jest to nic niezwykłego w Sunil, żadnym Sunil ani nawet w Dhaval któregokolwiek z miast. Przybyłeś tu, Bernardzie z Hathersage, zaprosiłeś nas na debatę, po czym, po wygłoszeniu swych mrocznych proroctw i bardzo mglistych oskarżeń wobec nieokreślonej osoby czy osób ostentacyjnie opuszczasz. Czego oczekujesz?