Regulamin 
Profil
Wyszukaj
Idź do strony:
Odpowiedz
Nocne Polaków Rozmowy
Admin
Grimuar
Gangrena humida
Skąd: z dziupli
Postów: 3889
Punkty: 11570
Braidera z takim motywem to do spleenu i poczucia bezsensu. I niestety tacy ludzie istnieją i czasami potrafią wyleźć z normalnego zdawałoby się człowieka.
Offline
Profil
Wiadomość
Grimuar
Moderator
Crusta
Skąd: Niflheimr
Postów: 1784
Punkty: 3984
Uwaga, długaśny post. Urodziłam się w Walii i tak dalej ;]

Jest noc, a jakże, i to w stolicy Polaków. A ja wprawdzie nie prowadzę rozmowy, ale mam przemyślenia, które z jakiegoś (nie do końca dla mnie jasnego) powodu chciałabym z siebie wylać. Może to ten Guiness, wypity wiele godzin temu, choć wątpię. Jakoś tak filozoficznie mi się zrobiło, ale pozytywnie w sumie. Odkopuję więc trupa, reanimuję i posyłam w świat.

Jakieś 3 miesiące temu przyjechałam sobie do Wawy na parę dni - odwiedzić Nata, zobaczyć jak się trzyma w związku z nową sytuacją życiową, pogadać sobie o różnych rzeczach, jak również wyrwać się na trochę z domu rodzinnego, gdzie dopadała mnie mocna melancholia przemieszana z sentymentalnością i ogólnym smuteczkowaniem. I pamiętam, jak mu się skarżyłam - moje życie zawsze przypominało sinusoidę, zawsze bywało raz super, a raz beznadziejnie, i ta druga opcja utrzymywała się już tak długo, że już sama zaczynałam się niecierpliwić - No kiedy to się wreszcie odmieni?! Nie czekałam zresztą pasywnie, próbowałam wielu rzeczy, ale wszystkie moje wysiłki rozbijały się o jakiś niewidzialny mur. I tak sobie wtedy myślałam o tym, jak bardzo zmieniło się moje życie przez ostatnie półtora roku, jak przestawiło mi się myślenie o świecie i o ludziach wokół, i o cenie jaką za to zapłaciłam. Słowik kiedyś wysnuł taką teorię, że każdy może trafić na jakiś pechowy rok - mój trwał trochę już wtedy dłużej niż rok i przyznaję, że w pewnym momencie całkowicie straciłam nadzieję na to, że jeszcze będzie lepiej niż "średnio" lub "znośnie", i jakoś się już z tym pogodziłam, w taki zrezygnowany sposób.

Po czym w bardzo krótkim odstępie czasowym nastąpiły trzy szalenie ważne rzeczy: udało mi się umówić u lekarza-specjalisty, który mnie przebadał, zdiagnozował i zapisał leki; przeprowadziłam się do Warszawy, której nigdy nie lubiłam; zaczęłam nowe studia, a niedługo później również nową pracę.

I wiecie co? Moje życie po raz kolejny wykonało bardzo ostry skręt, wszystko się poprzestawiało miejscami, poodwracało do góry nogami lub powywracało na lewą stronę, a ja w pewnym momencie stwierdziłam, że wow, mogę znów oddychać bez żadnego wiecznego, nerwowego ścisku w przeponie, że przestałam przepłakiwać po kilka godzin każdego dnia (i w ogóle przestałam płakać), znów mogę normalnie rozmawiać z ludźmi, mam ochotę z nimi przebywać i w ogóle robić cokolwiek, i ogólnie jestem znów zmotywowana do życia, czego przez długi czas mi bardzo brakowało.

Gdy po bolesnych i ogólnie nieprzyjemnych badaniach lekarz zapisał mi środki hormonalne, żeby mnie trochę wyregulować (nie umieram, ale bez leczenia mogę mieć pewne poważne problemy w przyszłości), byłam zaniepokojona. Dla wyjaśnienia - moja mama jest (delikatnie mówiąc) pulchna, a mój tato waży dobrze ponad setkę, przy czym żadne z nich nie jest "grubokościste", ale oboje brzydko się rozpuchli z różnych powodów zdrowotnych. Nazwijcie mnie próżną, i będziecie mieli rację, ale perspektywa przytycia, powiedzmy, 40 kg mnie paraliżowała, zwłaszcza że wcale nie musiałam tego robić. Ale ustaliłam sobie listę priorytetów i zdecydowałam się na leki. I to chyba była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Dlaczego? Bo nagle okazało się, że wszystkie moje wahania nastrojów, denerwowanie się byle czym (zaznaczam - w 99% przypadków byłam całkowicie świadoma swojego nieracjonalnego / histerycznego zachowania, ale nie miałam możliwości panowania nad nim) i inne takie historie to wcale nie ja, ale moje rozjechane hormony, i wszystko to znikło jak ręką odjął. Nie tylko różne przykre i męczące mnie od lat dolegliwości fizyczne ustąpiły, ale nagle okazało się, że wiele rzeczy, którymi straszliwie się przejmowałam i które były dla mnie o tyleż ważne co bolesne, wcale tak naprawdę ważne nie są, a te, o których już dawno zdążyłam zapomnieć i byłam przekonana, że je straciłam bezpowrotnie, dalej tam są i mają się dobrze. Wszystko nabrało jakiejś takiej zupełnie odmiennej perspektywy, a ja doświadczam zupełnie nowej jakości życia. Waga po 2 miesiącach brania leków pokazuje na razie 10 kg więcej, a ja tak sobie myślę, że to jest moje najfajniejsze 10 kg. Już nie mówiąc o tym, że za 10 lat sobie podziękuję, gdy nie będę musiała płakać w powodu o wiele poważniejszych, prawdziwych kłopotów.

Przeprowadzka, studia i praca też mi dały do myślenia. Przypomina mi się często mój ostatni rok studiów, kiedy czułam straszny zastój, bo niczego nowego już się nie uczyłam, a praca w szkole językowej zamiast minimalnej choćby satysfakcji przynosiła mi mnóstwo stresu i zniechęcenia. A teraz nauczanie sprawia mi autentyczną przyjemność, do pracy jeżdżę z radością (chyba, że Mokotów o 8 rano - tego nie lubię) i jestem bardzo zadowolona. Studia pokazały mi, że nic nie wiem ani nie umiem, ale nadganiam to w satysfakcjonującym mnie tempie, tłumaczenie widzę z zupełnie nowej perspektywy i znów czuję, że się rozwijam, a nie tylko tracę czas na odbębnienie godzin na uczelni. Lubię ten moment, kiedy nagle otwiera się przede mną wielka, niezbadana dziedzina, a ja nagle mam moment olśnienia, że nic nie wiem, to jest nowe, nigdy bym na to nie wpadła! Mam teraz takich sporo. Siedzę sobie w tej Warszawie i nie mam na nic czasu, ale jak mam jakąś chwilę, to pomimo wielu nieprzyjemnych, "warszaffkowych" momentów okazuje się czasem, że w tym mieście jakoś-tam da się żyć.

Jak siedziałam w Danii, jedna z nauczycielek zawsze mi mówiła, żebym zapomniała o produkcie, a przejmowała się procesem, a ja wprawdzie umiałam to świetnie odnieść do metodologii nauczania i kiwałam głową, ale teraz tak myślę, jej chyba jednak chodziło tak personalnie, o życie. (Lubiła się interesować moim życiem, bardzo nie-duńsko). Długo patrzyłam na wszystko właśnie z perspektywy produktu, i pomimo że miałam świadomość tego, jak dużo się nauczyłam, to cały czas mogłam myśleć o swoich porażkach i o tym, że nic tak naprawdę nie mam swojego, nie zrealizowałam swoich celów i jakoś wszystko się w końcu rozpada. Ale teraz tak sobie patrzę na te wszystkie swoje perypetie i widzę, jak dużo z tego wyciągnęłam, i z tamtej znienawidzonej pracy, i z rozpadniętych związków, i z różnych decyzji, które sprowadziły na mnie złe zakończenia. I z czystym sercem sobie mogę powiedzieć, że niczego nie żałuję, bo zawsze robiłam to, co uważałam za najlepsze, a nawet jeśli to się źle skończyło, to przyniosło też coś dobrego, a życie toczy się dalej i jeszcze wiele może się zdarzyć. A jak już się zdarzy, to będę troszeczkę mądrzejsza niż 3 miesiące, pół roku, rok, 5 lat temu. Przykro mi, że kilku rzeczy nie zrealizowałam, trafiając głową w mur i rezygnując. Kilka z takich rzeczy uznałam za pogrzebane, powiedziałam sobie kiedyś że są nieważne i wcale ich nie potrzebuję, schowałam do szuflady i udawałam że ich nie ma - ale ostatnio szuflada się wysypała, bardzo mnie zaskakując. Jeszcze nie wiem, co z zawartością tej szuflady zrobię, ale takie jest życie - pełne niespodzianek i straszliwie płynne. Teraz już mi się chce i mogę sobie powalczyć o to, by za kolejny rok moje życie może było trochę stabilniejsze i lepsze, a nawet jeśli nie, to może przynajmniej znów troszeczkę zmądrzeję, wywracając się na przeszkodach i zakrętach. I strasznie mi z tym fajnie. Jeszcze szczęściem bym tego nie nazwała, bo zbyt wielu ważnych dla mnie rzeczy mi brakuje, ale o wiele jaśniej mi się na to wszystko patrzy, niż we wrześniu. Poza tym - dziś sobie rozmawiałam z pewną osobą m.in. o tym, jak mało tak naprawdę potrzeba, by człowiek był szczęśliwy, i tak mi się przypomniało, jak w zeszłym tygodniu pomimo zawodowego noża na gardle rzuciłam teksty i pojechałam z Ayą obejrzeć nowe lokum Wiewióry. Tak sobie siedziałyśmy, degustując sernik i kawę oraz dyskutując o rzeczach mniej lub bardziej ważnych, i w pewnym momencie naszła mnie taka myśl - I po co mi jakiś tam milion dolarów? ;-))

I tak trochę z innej beczki: inna pozytywna sytuacja z minionego już dawno dnia. Jakoś tak się niezręcznie złożyło, że przez ostatni rok kilka razy musiałam powiedzieć Bardzo mi miło, ale nie jestem zainteresowana, co zawsze kończyło się albo totalnym fochem z drugiej strony, albo nie przyjęciem odmowy do wiadomości. Przy czym były to osoby, które albo były mi całkowicie obojętne, albo wprawdzie szanowałam z jakichś-tam powodów, ale nie miałam do nich żadnego emocjonalnego stosunku, więc nie miało to dla mnie większego znaczenia. Ale dziś siedziałam sobie z osobą, którą z kolei naprawdę lubię i dobrze mi się z nią spędza czas, i może jakbym była w innej sytuacji życiowej to bym się zastanowiła, ale z pewnych ważnych powodów to też jest "nie" - więc kiedy rozmowa zaczęła schodzić na alarmujące tematy, uprzedziłam i wyklarowałam sytuację z pewną przykrością. Na szczęście okazało się, że nie każdy musi głupio unosić się honorem, rozmówca przyjął moje oświadczenie na serio, ale jednocześnie z dużą dawką humoru, było trochę zaprzeczeń, potwierdzeń i nieporozumień, nie zostałam rozdeptana przez urażone męskie ego i w ogóle wieczór zakończył się w miłej atmosferze, a znajomość nie została zerwana, co mnie wprawiło w dobry humor. Można się potknąć i iść dalej? Można. Fajnie tak jest czasem, z potknięciami.

"Późno" powoli przeradza się we "wcześnie", za oknem zaczyna się uliczny ruch. Metro też startuje jakoś teraz. Jutro będzie nowy dzień, i już nie mogę się go doczekać. Nie wiem, czy po złym roku następuje dobry rok, czy też może aż tyle czasu ten stan nie może trwać, ale to nieważne. Wezmę, co przyjdzie, dobre albo złe, i czuję się troszeczkę doroślejsza niż pół roku temu. Bo może pewne rzeczy, nawet jeśli są dobre same w sobie, nie są właściwe, dopóki się do nich nie dojrzeje i się na nie zasłuży, inaczej też się źle wszystko potoczy. Niby takie oczywiste, a dopiero teraz mnie to tak uderza z pełną siłą. Głupiutka ja. ;-)

Kocham Was. ;-)) Przestraszliwie.
___________________
Ostatnio zmodyfikowany przez gwyn_blath 2012-12-05 05:20:55
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)

Unhallowed Metropolis
Offline
Profil
Wiadomość
Admin
Grimuar
Car Luxurians
Skąd: Gdynia
Postów: 2747
Punkty: 9108
Ale to się fajnie czytało :) Hm... i sporo mi się wyjaśniło :) Jak dobrze jest przeczytać czasem, że komuś coś pozytywnie... Łatwiej znaleźć coś w tę drugą stronę. A tutaj - i Gosi zaświeciło światełko, i Tobie. Fajnie, że się niedługo zobaczymy :)
Offline
Profil
Wiadomość
Odpowiedz