Rybeńki, pora na kolejną porcję chały i tandety.
Uprowadzona (Taken).
Jeden ze słabszych filmów Luca Bessona. Fabuła zaczyna się obiecująco: facet pracuje w ochronie jakiejś gwiazdki, nie ma czasu dla córki i takie tam wypełniacze. Równie obiecująco jego córkę ktoś porywa za granicą. Dokładniej: albańska mafia. W Paryżu.
I tu mógłby się zacząć film detektywistyczny, ale nie. Nagle tatuś zmienia się w połączenie Bourna (walka wręcz) z Rambo (przeciwnicy nigdy nie trafiają). I metodycznie młóci wszystkich, zostawia trupy po całym Paryżu, to i owo demoluje.
Strzela do zupełnie niewinnej żony (byłego) przyjaciela (obecnie skorumpowanego ważniaka w lokalnej policji), żeby zmusić go do pomocy. Na koniec zabija jakąś Arabską szychę, któren był kupił jego córkę. Wszystko to bez najmniejszych konsekwencji i nieprzyjemności ze strony władz.
Szkoda, że zmarnowano kilka ciekawych wątków. Np. absolutnie nie dowiemy się, co z pozostałymi dziewczynami, jakie w asortymencie mieli handlarze żywym towarem (nie, głównego bohatera nie obchodzą). Albański tłumacz zapowiadał się ciekawie, ale zniknął równie szybko, jak się pojawił. Nie wiemy, co było na kartce, którą dostał Marko.
Nie wiemy też, jak to jest, że główny bohater potrafi jakoś sprawić, że wypruty w niego z odległości trzech metrów magazynek z MP5K nie robi żadnego wrażenia.
Nie wiemy, jak to jest, że wklepuje każdemu w maksymalnie pół sekundy, a jedyne poważne trudności ma ze strażnikiem haremu, drobnym arabskim chłopaczkiem (który ma makijaż oczu jak kobieta, nb).
Wielki plus to innowacyjna metoda tortur - dwa gwoździe wbite w kolana, zasilane prądem sieciowym (spokojnie, nie widać za dużo). Na nieszczeście scena też zmarnowana śmiesznym sposobem kneblowania. Szkoda. Po prostu szkoda.
Battle Royale.
Wspaniały przykład filmu, który jest o niczym. No, czasem też o przemocy, ale głównie o niczym

. Od początku - fabuła:
W Japonii młodzież chodzi na wagary. Co robi rząd? Losowo wybrane szkolne klasy umieszcza na niewielkiej wyspie i każe uczniom zabijać się nawzajem, aż zostanie jedno. Jest w tym sens, prawda? Jak też w tym, że zajmującymi się całą operacją żołnierzami dowodzi szkolny nauczyciel. Który, tak na marginesie, rzuca nożem lepiej, niż sierżant Zim ze "Starship Troopers". I jest ubrany w śmieszny dres.
Oczywiście zaraz okazuje się, że jest dużo kompletnych czubków oraz że relacje międzyludzkie w klasie przypominały skrzyżowanie bizantyjskiego dworu z "Moda na Sukces". Podobno jest jakaś książka, na podstawie której zrobiony jest film, gdzie jest to szerzej wyjaśnione - w związku z tym produkcji kinowej nie skalano czymkolwiek zrozumiałym dla widza.
Gra aktorska nie istnieje. Chyba, że za takowa uznać
robienie przerażonych min.
Z rzeczy wartych uwagi: amunicja nigdy się nie kończy (chyba, że wymaga tego dramatyzm sytuacji), broń nie wyrzuca łusek ani nie daje płomienia wylotowego. Ech, i znowu te japońskie przepisy dot. broni palnej stanęły na przeszkodzie

.
Oczywiście jak to na filmach, bohaterowie po dwóch-trzech dniach na porośniętej lasem, opuszczonej przez ludzi wyspie, wyglądają podejrzanie elegancko. A białe koszule pozostają białe (i świeżo wyprasowane) chyba, że ktoś właśnie umiera.
Zdecydowanie dobra ścieżka dźwiękowa: muzyka klasyczna w wykonaniu...
mhm, Polaków. Zdecydowanie śmieszny fragment narracji otwierającej: 15%-owe bezrobocie jako oznaka ostatecznego upadku państwa.
