Regulamin 
Profil
Wyszukaj
Idź do strony:
Odpowiedz
Wieści z Krainy Deszczowców
Grimuar
Moderator
Crusta
Skąd: Frederiksberg
Postów: 1726
Punkty: 3858
Moi kochani, jako, że mam wreszcie dostęp do pół-stabilnego łącza i mogę sobie pozwolić na siedzenie na Internetach dłuższe niż 5 minut, a w dodatku mam ostatnie 2 dni wolnego zanim zacznę pracę, postanowiłam spełnić stanowcze żądania postawione przez Gomorę przed moim wyjazdem i opisać Wam, co ciekawego dzieje się w tym dziwacznym kraju, który my nazywamy Danią.

Duńczycy

... To naród dość spokojny i opanowany, względnie zadowolony z życia i nie narzekający. Jednocześnie są dość zdystansowani i niezbyt dobrzy w okazywaniu uczuć, nie tak otwarci jak Polacy i ludzie nam podobni. Podchodzą do życia bardzo zdroworozsądkowo. Miłym elementem jest to, że do późnego wieku są bardzo aktywni - pracują jako wolontariusze, pomagają w różnych ośrodkach etc., nie zamykają się w 4 ścianach jak u nas. Tym niemniej jednak wynika to z wcześniej już wspomnianej nie-uczuciowości - jeśli starszy Duńczyk owdowieje, zostaje zupełnie sam, bo nie chce "narzucać się" swoim dzieciom i wnukom. Praca z ludźmi jest jedynym sposobem na uniknięcie samotności - ale wciąż pozostaje ona bardzo dużym problemem w tym kraju i głównym powodem samobójstw ludzi we wszystkich przedziałach wiekowych.

Pogoda

Podobno mają tu słońce, ale osobiście widziałam je jedynie kilka razy. Normą są chmury i deszcz, deszcz, deszcz... Osoba wybierająca się do Danii bez płaszcza i/lub parasola jest osobą niezwykle nierozsądną. To tak na przyszłość, gdyby ktoś chciał mnie odwiedzić (zapraszam, zapraszam).

Kopenhaga

Jest wielka i piękna. To zadbane, czyste miasto pełne zieleni i rzeźb (mniej lub bardziej atrakcyjnych dla oka). Duńczycy cenią sobie kulturę i edukację, dlatego większość muzeów i tego typu atrakcji jest darmowa lub tania jak barszcz... A właściwie tańsza, albowiem Dania pod względem cen żywności jest najdroższym krajem Unii Europejskiej. Tym niemniej jest to naprawdę cudowne miasto.

Nom nom nom?

Jeśli już przy jedzeniu jesteśmy - tak, jest drogo. Duńczykom to nie przeszkadza, bo naprawdę sporo zarabiają z perspektywy obcokrajowców, ale kiedy po raz pierwszy weszłam do supermarketu i zobaczyłam ceny, złapałam się za głowę. Co straszniejsze, to samo zrobiła koleżanka-Angielka. Trzeba jednak przyznać, że choć jedzenie jest o wiele droższe niż w Polsce, to nawet najtańsze marki nie są złe jakościowo - nawet żywiąc się wyłącznie produktami marki budget. nie trafimy na syf. Zaskoczyła mnie również wszechobecna ekologiczna żywność, która u nas jest droga i dostępna jedynie w części sklepów, a tu jest wszędzie i wcale nie jest droższa niż ta "normalna". Na naszym skromnym "wolontariuszowym" kieszonkowym możemy sobie na nią pozwolić - w przeciwieństwie do jedzenia w jakichkolwiek knajpach czy restauracjach, które są przyjazne jedynie ludziom zarabiającym normalne duńskie stawki, a obiad w których mógłby zabrać mi ponad połowę miesięcznego budżetu (albo i całą wypłatę).

Język duński

Jest straszny. Próbując odcyfrować napisy po duńsku jakoś sobie radzimy, wspomagając się znajomością angielskiego i niemieckiego, ale język mówiony to koszmar. Brzmi, jakby mówiący był pijany i bełkotał, krztusząc się przy tym kolejnym łykiem taniego piwa. Mój kurs językowy zacznie się najwcześniej za miesiąc. Tyle w tym temacie. :)

Język polski

Jest tu dużo Polaków, ale - jak to Polacy na obczyźnie - jakoś nie okazujemy sobie szczególnych względów. Kiedy spotyka się Polaka w sklepie, biurze imigracyjnym czy podczas zwiedzania, jest to wciąż obca, niezbyt zainteresowana Tobą osoba. Kiedy koleżanka-Włoszka po tygodniu mocowania się z językiem angielskim (bardzo słabym w jej wykonaniu) spotkała Włochów na deptaku, wręcz padli sobie w ramiona - ale to ichnia południowa kultura. Wśród naszych wolontariuszy nie ma innych Polaków, więc mogę się wyrażać jedynie w ciągu kilku minut drogiej rozmowy telefonicznej. Po polsku rozmawiam również ze Słowaczkami, Czeszką i Ukrainkami, ale wiadomo - trzeba wtedy powoli i nieskomplikowanie. Po 1.5 tygodnia zaczynam sama do siebie mówić po angielsku. Skajpujcie do mnie, inaczej zapomnę ojczystej mowy!

Religia

Jak być może wiecie, pracuję dla chrześcijańskiej organizacji. To wyznawcy Ludowego Kościoła Duńskiego (moje wolne tłumaczenie), więc luteranie. Na początku było to dość niepokojące dla części wolontariuszy (kilkoro z nas to ateiści, ja - od kilku tygodni agnostyczka-Buddystka czy coś w tym stylu), czy może nas nie wyrzucą etc., ale obawy okazały się niepotrzebne. To raczej szefostwo martwiło się, czy podczas zajęć w kościele nie czuliśmy się niekomfortowo, i czy na pewno nie mamy nic przeciwko. Duńczycy traktują religię jako coś bardzo prywatnego, i nie jest to temat do rozmów czy dyskusji, a afiszowanie się z nią, przekonywanie drugiej osoby do swoich racji czy próby nawracania są czymś karygodnym i nie do przyjęcia. Osobiście dobrze się bawiłam - podczas gdy w naszych kościołach byłam atakowana cierpieniem, grzechami, polityką, aborcją i eutanazją, tutaj są wesołe śpiewy w stylu gospel, poczucie wspólnoty i przemowy o tym, że Jezus nas kocha. Sam kościół naszej organizacji jest bardzo miłym i cichym miejscem, eleganckim i skromnym zarazem. Czasem chodzę tam sobie posiedzieć i pomyśleć, i nikt się do mnie nie przyczepia pomimo iż wiedzą, że nie jestem chrześcijanką. To dość miła odmiana.

Rowery

Są wszędzie, dosłownie WSZĘDZIE. W metrze, w autobusach, w kolejce. Na ulicach jest kilka razy więcej rowerzystów niż pieszych. Na początku wydawało mi się to dziwactwem, ale kiedy wolontariusze dostali swoje własne rowery, doceniłam ten sposób transportu. Kopenhaga jest wielkim miastem, ale kiedy ma się swoje dwa kółka nagle ta ogromna przestrzeń kurczy się kilkunastokrotnie. Wszędzie są ścieżki rowerowe, więc można dojechać gdziekolwiek, w dodatku to naprawdę przyjemne. Rowery zostawia się przy barierkach, pod ścianami, wszędzie - zostawiając tylko blokadę na koło, albo i nie, bo i po co? Każdy ma rower, a kupno nowego jest wydatkiem naprawdę śmiesznym przy normalnych duńskich zarobkach (niestety nie przy naszym skromnym kieszonkowym, ale cóż). Wciąż próbuję ogarnąć tajniki przepisów ruchu drogowego, ale jak na razie jeszcze mnie nikt nie przejechał, więc jest nieźle. Ciekawostką jest to, że rowery, które my nazywamy "holenderkami" (te hipsterskie) są tu normą, a rower górski jest o wiele mniej popularny. Sama dostałam holenderkę z koszykiem i muszę przyznać, że jest to bardzo wygodny środek transportu, zwłaszcza dla kobiet, które lubią nosić spódnice - rama jest zbyt nisko, by przeszkadzać w czymkolwiek. Trzeba się przyzwyczaić do manewrowania kierownicą z koszykiem i nieco innej postawy, ale po kilkunastu minutach jest super.

Tyle na razie - spodziewajcie się więcej! ;)
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)

Unhallowed Metropolis
Offline
Profil
Wiadomość
Grimuar
Ulcus
Postów: 613
Punkty: 1465
Zgrabny tekst.
Wrażenie z krajobrazu poza miastem? (Jeśli jakiś jest.)
Let the earth erupt in flame
It is enough to have the strength and knowledge
to raise our dream machines into the sky
Offline
Profil
Wiadomość
Grimuar
Moderator
Crusta
Skąd: Frederiksberg
Postów: 1726
Punkty: 3858
Byłam poza miastem tylko raz (podczas odwiedzin w wiejskiej podstawówce), i w sumie okolica wygląda jak w Polsce, tylko domki nieco inne, poza tym nic szczególnego - pola, drzewa, dość płasko ;)
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)

Unhallowed Metropolis
Offline
Profil
Wiadomość
Grimuar
Ulcus
Skąd: z krypty
Postów: 1319
Punkty: 2924
Widziałam focie z rowerem, zabawnie wygląda Twoja nowa "bryczka".

Napisz jak młodsza cześć Danii, jak np. wygląda przeciętny brunet wieczorową porą :}

A co do wieści z Polszy to powiem Ci, że u nas powoli zaczyna się duńska pogoda, ja już dziś rozpoczęłam sezon jesienny zakładając do pracy kurtkę i wgrywając do walkmana Anathemę ;]

A co konkretnie jedzą Duńczycy? U nas sztandarowym daniem jest mielony z ziemniakami, a tam?
Człowiek o wąskich horyzontach lepiej widzi to co przed nim.
Offline
Profil
Wiadomość
Grimuar
Crusta
Skąd: ż daleka
Postów: 1445
Punkty: 3020
Mogę dodać trochę od siebie, jako że bytuje tam ponad pół roku mój brat:

Jedzenia własnego raczej nie mają. Jest to kraj który nie ma w zasadzie swojej kultury (złoty wiek to Kirkegaard i Andersen). Nie ma kultury, kuchni, literatury... są zdominowani wpływami zewnętrznymi. Ale warto odwiedzić skansen.

Rowery łatwo wytłumaczyć - Duńczycy ochronę środowiska podnieśli do jednej z naczelnych wartości i zwyczajnie mało kogo stać na samochód, obciążony olbrzymimi podatkami i opłatami. Pozostaje rower (który jest przecież tańszy, więc każdy może sobie na niego pozwolić). Kopenhaga nie jest też taka wielka, więc bicyklem można wszędzie dojechać.

Duńczycy są w dodatku bardzo rodzinni. Nie ma u nich tak wyraźnego rozbicia rodziny jak u nas, w weekend całe rodzinne stadka wybywają na spacery, grille itp. Jednocześnie jest to naród politycznie dużo bardziej lewicowy (co objawia się w obyczajach), choć nie tak jak Szwedzi.

Co do religii - to nie do końca tak, że oni uważają religię za coś prywatnego. Oni jako ogół zatracili rozumienie tego, czym jest religia i wiara (związane z opisaną wyżej lewicowością). Stąd takie wrażenie - dopóki Twoja ideologia nie jest szkodliwa (komunizm, nazizm), nie mają nic przeciwko.
"Próbujecie uwolnić smoka z rąk kobiety? To nie powinno być na odwrót?"
Offline
Profil
Wiadomość
Admin
Grimuar
Gangrena humida
Skąd: z dziupli
Postów: 3798
Punkty: 11347
Dziś wreszcie znalazłem chwilkę, żeby nadrobić zaległości na Grimuarze (wprawdzie nie było tego wiele).

Z tego, co piszesz, Dania i Duńczycy, wydają się być bardzo podobni do Holandii i jej mieszkańców. Chociaż tam w dużych miastach panuje jeden wielki kulturowy misz-masz, ale w mniejszych miastach wydaje się to być niemal analogiczne: ludzie życzliwi ale nie ingerujący zbyt mocno w prywatność innych, no i wszędzie rowery (które mają nawet oddzielne ronda).

Trzymaj się ciepło i nie daj deszczom.
Pisz od czasu do czasu, a ja od czasu do czasu z przyjemnością będę tu zaglądał.

P.S. Dzięki za kartkę, w weekend odebrałem z domu.
Offline
Profil
Wiadomość
Grimuar
Moderator
Crusta
Skąd: Frederiksberg
Postów: 1726
Punkty: 3858
Nieoczekiwanie mam wolne, więc postanowiłam coś naskrobać.

@Marco: Przykro mi to stwierdzić, ale trochę karygodnych bzdur napisałeś. To, że Twój brat mieszka w Danii nie oznacza jeszcze, że wiesz o Duńczykach więcej, niż oni sami, hm? Ja opieram się na ich wypowiedziach i dyskusjach, a nie na relacjach z trzeciej ręki. Więc zapomnij o "braku własnego X" czy tym jak wg Ciebie postrzegają religię. Jest wręcz przeciwnie - oni właśnie doskonale wiedzą, czym jest wiara, nie tak jak (niestety) większość Polaków czy Amerykanów. I nie mieszaj religii z ideologią, bo to dwie zupełnie różne rzeczy.

@Gosha: Na specjalne zamówienie!

Brunet wieczorową porą

Jak wyglądają Duńczycy... Aby odpowiedzieć na to pytanie, najpierw trzeba by przyjąć definicję "Duńczyka". To dość skomplikowane z powodu ogromnej ilości imigrantów, którzy od pokoleń przybywają do Danii. Ale uproszczając...

Przeciętny "Duńczyk z dziada pradziada" to typowy Skandynaw, o włosach w kolorze od jasnego do średniego blondu i niebieskich oczach. Mężczyźni są SZALENIE przystojni, o męskich, ale ładnych twarzach, a kobiety wyróżniają się dość specyficzną urodą - są atrakcyjne, choć jednocześnie mają nieco grube rysy. Kobiety do wieku ok. 60 lat starzeją się bardzo dobrze, by później nagle przemienić się w pulchne babcie o sympatycznych, okrągłych twarzach. Mężczyźni zazwyczaj nagle przeraźliwie chudną. Młode pokolenie, z którym zazwyczaj mam do czynienia jako nauczycielka, składa się z wychudzonych blondynek o ww. rysach oraz przyszłych (obecnych?) łamaczy damskich serc (och, być znów nastolatką...!). Wszyscy są bardzo szczupli i wysportowani - pewnie przez te rowery i wiele darmowych centrów sportowych, jak również powszechną obsesję na punkcie zdrowego trybu życia. Szkoła na wsi, gdzie byłam podczas 1 tygodnia pobytu, wyglądała jak hodowla małych Aryjczyków. Krótko mówiąc, "rodowici" Duńczycy są o wiele mniej zróżnicowani niż np. Polacy, których ogół nie ogranicza się do jednego koloru włosów czy typu urody.

Z tym, że w związku z ogromną i długą imigracją widzi się też mnóstwo innych ludzi na ulicy, głównie "Arabów". W jednej ze szkół, gdzie pracuję, ponad połowa dzieciaków jest pochodzenia tureckiego, egipskiego etc. Jest tutaj też sporo potomków przybyszy z dalekiego Wschodu - co i raz wpada się na ulicy na jakąś niewielką Azjatkę. Są to w dużej mierze ludzie urodzeni już tutaj i uważający się za Duńczyków, ale rozstrzał wizualny jest naprawdę ogromny. Jest też dużo Polaków, a wiadomo - tych zawsze poznamy po "naszej" facjacie ;)

Nom nom nom? 2

Tradycyjna kuchnia duńska jest podobna do reszty Skandynawii - bez dużej ilości przypraw i pożywna, choć mniej jest ryb, a więcej warzyw, przyrządzanych na przeróżne sposoby (co dla mięsożercy jakim jestem czasem bywa niezbyt miłe). Co odróżnia Duńczyków od Szwedów i Norwegów, to zamiłowanie do różnych słodkich potraw, w tym bardzo specyficznego ciasta jabłkowego (składającego się z jabłek, kruszonki i chorych ilości bitej śmietany) czy słynnego "rødgrød", owocowego deseru nieco jakby podobnego do naszego kisielu. W ramach ciekawostki dodam, że miałam okazję spróbować tradycyjnych potraw przyrządzanych na Boże Narodzenie - kaczki i ziemniaczków glazurowanych cukrem. Jak bardzo bym nienawidziła ziemniaków, to w tych się zakochałam i mam nadzieję, że uda mi się je odtworzyć w Polsce.

Jako druga ciekawostka - Duńczycy mają dziwną obsesję na punkcie polewania jedzenia różnymi rzeczami. Nie ma obiadu bez gęstego sosu, nie ma lunchu bez kilku rodzajów dressingu.

I jeszcze - kanapki. Jedną z tradycyjnych "potraw" jest smørrebrød, który jest bardzo dziwną kanapką z ciemnego pieczywa przybranego milionem najprzeróżniejszych dodatków. Dzieło końcowe jest zazwyczaj tak wysokie, że nie można go jeść po ludzku, należy korzystać ze sztućców. Ale autochtoni mają to do siebie, że nawet kanapkę złożoną z jednej kromki chleba i jednego plasterka żółtego sera będą czasem z sobie tylko znanych powodów jedli nożem i widelcem, wprawiając w osłupienie biednych cudzoziemców.

I nasz rodzimy akcent. Moja opiekunka wskazała mi drogę do polskiego sklepu w sąsiedniej dzielnicy Kopenhagi, do którego czasem zagląda, by kupić herbatę miętową. Po zajrzeniu do środka omal się nie rozpłakałam, bo wnętrze wygląda jak prawdziwy polski osiedlowy sklepik z całym swym uroczym chaosem. Nawet nie wiecie, jak miło mi było kupić Łaciate, nową "Angorę" i puszkę Inki, po czym usłyszeć "Pięćdziesiąt sześć koron, proszę, dziękuję, do widzenia!" Tylko Perły nie mają, nie wiedzieć czemu...

Jeszcze o pogodzie

Deszcz jest niemiły, ale przecież mamy go też w Polsce. Tym, czego nie mamy, jest duński wiatr, który wywraca rowery wraz z jadącymi na nich ludźmi. Ma on tę specyficzną właściwość, że niezależnie od strony w którą się kierujesz podczas spaceru / jazdy rowerem, ZAWSZE wieje ci w twarz i zwiewa ze ścieżki, wpychając na innych ludzi, ściany, słupy etc. Nie polecam!

Nieco o szkole

Wszak w szkolnictwie właśnie pracuję... Ale o tym może następnym razem, dziś tylko trochę o podstawówkach, a raczej o tym, co dla nas jest podstawówką. Szkolenie przeduniwersyteckie w Danii obejmuje 9-10 klas. Szkółka wiejska, o której już wspominałam, obejmowała 5 pierwszych, później dzieciaki musiały dojeżdżać gdzieś indziej.

To, co pierwsze rzuca się w oczy, jest pozorny chaos i brak dyscypliny. Dzieciaki wbiegają i wybiegają z klas, nie mają dzwonków, latają po całej szkole robiąc co im się żywnie podoba, w klasach siedzą z nogami na stolikach i/lub klikają w komórki, odwrócone do nauczyciela plecami - do którego to zresztą nauczyciela, niezależnie od wieku, mówią po imieniu. Jednocześnie jednak są bardzo towarzyskie i uprzejme, i wystarczy, by nauczyciel klasnął cicho w ręce, a zapada cisza. Respekt nie wypływa tutaj ze strachu i sztywnych zasad.

Każda kolejna "klasa" oznacza tak naprawdę zasób materiału i umiejętności, który sobie dane dziecko musi przyswoić. Oznacza to, że może być w "pierwszej klasie" rok, ale może też ruszyć dalej z nauką po 2 miesiącach. Konsekwencją tego jest fakt, że klasy składają się z dzieciaków w różnym wieku. Same zajęcia obejmowały nie tylko czytanie, pisanie, matematykę czy angielski, ale również zajęcia z gotowania i zajmowania się domem, co było dość interesujące. Dodatkowo, nie ma tutaj bezmyślnego siedzenia i słuchania - wszystko jest oparte na jednej z największych duńskich pasji, czyli dyskusji, oraz na praktyce. Samo nauczanie jest oparte na teorii wielorakich inteligencji, co uwzględnia fakt, że różni ludzie uczą się na różne sposoby. Słuchanie nauczyciela i zakuwanie na pamięć nie na każdego działa, więc zawsze materiał jest przedstawiany na różne sposoby - dla słuchowców, wzrokowców, ruchowców etc. Ten system trzyma się i działa od lat.

Tyle na dziś. Następnym razem może coś o muzeach, które odwiedzam z wielką radością, oraz dziwnym tworze, którym jest "dziesiąta klasa" szkolna i mojej pracy tutaj :)
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)

Unhallowed Metropolis
Offline
Profil
Wiadomość
Grimuar
Ulcus
Postów: 613
Punkty: 1465
Niesamowicie pozytywną szkołę tam mają. Przywieź jej sadzonki i przeszczep do Polski. :) Zwłaszcza ten brak podziału na klasy wydaje się być taki... inny?
Jak wyglądają zajęcia szkolne/metody uczenia dla "ruchowców"? Tego sobie wyobrazić nie mogę.

Kuchnia z dużą ilością warzyw też dobra rzecz.

Relacja trzyma poziom.

BTW. Mogę fragment o szkole (ten i ew. to, co jeszcze napiszesz) wkleić na pewne forum (dyskusja o edukacji), tak w charakterze materiału do porównania, jak to na świecie jest? Z podaniem źródła i w ogóle? Ładnieproszę?
___________________
Ostatnio zmodyfikowany przez AndrzejB 2011-09-15 19:55:57
Let the earth erupt in flame
It is enough to have the strength and knowledge
to raise our dream machines into the sky
Offline
Profil
Wiadomość
Grimuar
Moderator
Crusta
Skąd: Frederiksberg
Postów: 1726
Punkty: 3858
Skasowało mi posta :/ Jeszcze raz.

AndrzejB napisał:
Jak wyglądają zajęcia szkolne/metody uczenia dla "ruchowców"?


Nie wgłębiałam się w to zbytnio, ale z tego, co nam pobieżnie przedstawiła nauczycielka, opiera się to głównie na zabawach i grach ruchowych, wykonywaniu różnych zadań w różnych miejscach sali czy kojarzeniu informacji z ruchami/gestami. Ciekawym wydało mi się również przedstawianie informacji dla uczniów z rozwiniętą inteligencją muzyczną - nauka przez powtarzanie z jednoczesnym wybijaniem rytmu (trochę to niezgrabne zdanie, ale mam nadzieję, że wiadomo, o co chodzi).

Andrzeju, możesz korzystać z informacji, wszak są ogólnie dostępne - ale nie podawaj żadnych moich danych, jeśli możesz. Dzięki.

I to prawda - szkolnictwo jest naprawdę zadziwiające z perspektywy osoby z Polski. Zaczekajcie, aż napiszę Wam o "dziesiątej klasie" - to dopiero cuda-niewidy!
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)

Unhallowed Metropolis
Offline
Profil
Wiadomość
Grimuar
Moderator
Crusta
Skąd: Frederiksberg
Postów: 1726
Punkty: 3858
Zgadnijcie, kto - tadam! Po długiej przerwie kolejny odcinek, smażony nieprzyzwoicie wręcz długo z powodu niemiłego zjawiska, jakim jest...

Szok kulturowy

Oł maj. Nawet nie wiem, od czego zacząć. Być może od tego, że być może niektórzy z Was pamiętają, że po lipcowym szkoleniu w Kielcach straszliwie się tym szokiem kulturowym denerwowałam i bałam się go niczym potwora spod łóżka. Rzeczywistość, niestety, przebiła moje najgorsze obawy - wielokrotnie.

Zaraz po przyjeździe opiekunowie ostrzegli nas przed dwoma rzeczami, które najbardziej wykańczają wolontariuszy: 1) szok kulturowy, 2) złe wieści z domu. Kiedy jest się na wielomiesięcznym wyjeździe, z dala od bliskich osób, bardzo ważne jest poczucie, że gdzieś tam daleko, w domu, wszystko jest jak trzeba, nic złego się nie dzieje, z rodziną jest OK, z przyjaciółmi jest OK, po powrocie będzie OK i ogólnie wszystko jest si. Kiedy tego poczucia zabraknie, kiedy jest coś nie tak, ale z powodu odległości i nawału pracy nie można się dowiedzieć jak wygląda sytuacja ani tym bardziej nic z tym zrobić, nagle traci się grunt pod nogami. Pojawia się uczucie totalnej bezsilności, wieczna nerwówka, wyrzuty sumienia, strach i rozpacz. I niestety, niedługo po moim przylocie do Kopenhagi to mnie właśnie dotknęło.

Po przeprowadzce do obcego kraju na początku wszystko jest piękne, kolorowe i ogólnie fascynujące. Ten etap trwa zazwyczaj od kilku tygodni do 3 miesięcy. U mnie, niestety, został brutalnie przerwany po niecałych 2 tygodniach, gdy nagle kilka rzeczy w Polsce postanowiło się zepsuć. I nagle wyjazd, o który walczyłam od ponad roku i który był moim marzeniem, przerodził się w koszmar. Gdy wszyscy cieszyli się obcą kulturą, ja miotałam się po swoim pokoju, rzucałam przedmiotami i krzyczałam w poduszkę. I choćby nie wiem, jakie wszystko by było superświetneimegainteresujące, jedyne, co miałam w głowie to co ja tutaj robię?, po co tutaj przyjechałam? i - najgorsze - czy to jest już tak fajne, że jest tego wszystkiego warte?, które absolutnie wykręcało mi mózg.

A to było nic, zupełnie nic. Bo po mniej więcej miesiącu, moi drodzy, przyszedł szok kulturowy, którego nieodłącznymi częściami jest tęsknota za domem i ciężka depresja - i dopiero się zaczęło.

Nie wnikając w szczegóły - było bardzo źle. Było poważnie w pewnych momentach. A paskudna pogoda, dalsze nagromadzanie się problemów, frustracja związana z pracą i wieczna walka z administracją wcale nie ułatwiały sprawy. Najgorszemu wrogowi nie życzę tego, co przechodziłam w październiku i na początku listopada. Nigdy w życiu nie sądziłam, że będąc w końcu w uprzywilejowanej sytuacji (mam gdzie spać, co jeść etc.) można utkwić tak głęboko, a stwierdzenie "Teraz może być tylko lepiej" może się tyle razy okazać totalną bzdurą.

Najgorsze (mam nadzieję) na szczęście już za mną, witaminy łagodzą brak słońca, kilka problemów się jakby wygładziło (choć moja sytuacja rodzinna wciąż jest... Cóż), praca powoli zaczyna nabierać więcej sensu. Wciąż jest dość słabo, a miernikiem powagi sytuacji niech będzie fakt, że pierwszy raz od kiedy wyprowadziłam się od rodziców (czyli od 9 lat) nie mogę się doczekać, kiedy wrócę i ich zobaczę - ale jestem już w stanie w miarę normalnie funkcjonować. Tutaj dziękuję tym wszystkim, którzy mnie wspierali na odległość - a najbardziej Jacy, bez którego nie miałabym żadnych szans przez to przejść i który wykazał się anielską wręcz cierpliwością.

Skoro to już odfajkowane, proponuję powrócić do tematu i zgodnie z obietnicą napisać coś o mojej pracy.

"Dziesiąta klasa"

Podstawowa edukacja w Danii opiera się na dziewięciu klasach podstawówki, po których można zacząć edukację zawodową, techniczną etc. lub - jeśli planuje się studia lub np. koledż nauczycielski - pójść do gimnazjum (przez które rozumie się tutaj to, co my nazywamy liceum). Jeśli planuje się takową dalszą edukację, trzeba zdać egzamin kompetencyjny. Jak to jednak często w wieku 16-17 lat (bo uśredniając wtedy kończy się podstawówkę) bywa, czasem młodzież nie bardzo jeszcze wie, co chce ze sobą zrobić, a wyspecjalizowanie się często zamyka inne możliwości. Niektórzy z kolei nie podchodzą do egzaminu, bo czują się zbyt ciency w jakimś przedmiocie. I właśnie na taką młodzież czekają szkoły, obejmujące "dziesiątą klasę", podczas której zyskuje się dodatkowy rok na poprawienie wiedzy z konkretnych przedmiotów i zastanowienie się nad swoją dalszą ścieżką edukacyjną.

I tu pojawia się moja organizacja, KKU, która obejmuje pewną (bliżej mi nieznaną) liczbę takich szkół, rozsianych po Kopenhadze i okolicach. Asystowanie przy zajęciach w tych centrach to mniej więcej 70% mojej pracy. Pozostałe 30% to międzynarodowy projekt Youth for Global Responsibility, który w Danii reprezentowany jest właśnie przez KKU. O projekcie może następnym razem, a na razie o szkołach, w których przyszło mi pracować.

Szkoła pierwsza - Nørrebro

People are strange, when you're a stranger... Pamiętacie tę scenę z początku "Lost Boys"? Tak się właśnie poczułam, gdy pierwszy raz przestąpiłam progi tego ceglanego budynku pokrytego graffiti. Nie dość, że z czystego, szpanerskiego i nudnego Frederiksberga (gdzie mieści się mój Hogwart) trafiłam do etnicznego i o wiele bardziej interesującego Nørrebro, to w dodatku zostałam otoczona przez zgraję młodych wytatuowanych i zakolczykowanych Duńczyków w ubraniach, z którymi nic, tylko zmierzać do Tektury. Powód? Głównym "targetem" tej szkoły jest młodzież z artystycznymi aspiracjami. Uczniowie podzieleni są na kilka klas profilowanych, gdzie - zależnie od kierunku - oprócz duńskiego, matematyki i angielskiego mają zajęcia z muzyki, sztuki, "dizajnu" etc., więc w szkole roi się od rozwichrzonych młodych basistek, perkusistów, emo-chłopaczków i tym podobnych cudów. Jest absolutnie szałowo jak dla mnie.

Ze swojej strony mogę powiedzieć jedynie, że niestety nie pracuję w tej szkole na co dzień - jedynie ją odwiedzam podczas eventów i spotkań z jednym z koordynatorów, ale uczniowie pomimo dość niepokojącego momentami wyglądu to uprzejme i miłe towarzystwo. W dodatku większość z nich dobrze się dogaduje po angielsku, więc naprawdę fajnie się z nimi rozmawia. Obecnie negocjuję ze swoją mentorką (która tutaj właśnie pracuje) przeprowadzenie własnego projektu w tej właśnie szkole, i nie mogę się już doczekać.

Szkoła druga - Østerbro

Taaaa... Temat-rzeka.

W dzielnicy Østerbro mieści się szkoła, w której z kolei spędzam dość dużo czasu. Jest ona skierowana do uczniów z problemami w nauce i temu podobnymi historiami. Widzicie już, dokąd to zmierza? No właśnie...

Są dwa główne problemy. Pierwszy: nauczyciele, pomimo że przyjęli wolontariusza, chyba nie bardzo wiedzieli, co będą z nim robić. Drugi, poważniejszy: niektórzy uczniowie dogadują się po angielsku, ale spora większość go nie ogarnia, przez co jakakolwiek komunikacja była niemożliwa. Tak więc przez kilka tygodni siedziałam w tej szkole po kilka godzin dziennie, pijąc kawę i słuchając duńskiego bełkotu, a także udając że nie widzę, iż niektórzy pracownicy z jakiegoś powodu chyba nie darzą mnie specjalną sympatią. Moja nauczycielka prowadząca (jak również kilka innych osób) wykazywała się wielką cierpliwością dla mojego skonfundowania i starała się pomóc, ale moja frustracja rosła z dnia na dzień.

Na szczęście ostatnio jest już lepiej, głównie dlatego, że zaczęłam trochę ogarniać duński i mogę już pomagać uczniom z ich angielskim i nieco z nimi pogadać, a nie tylko siedzieć i zastanawiać się, o co chodzi. Dodatkowo plus tego miejsca jest taki, że mają bardzo elastyczny program i sposoby pracy, więc mam pewną dowolność w tym, co chciałabym zrobić (choć bez szału - pamiętajmy, że poziom angielskiego jest dość średni), i nigdy nie mam problemu z ewentualnym wcześniejszym pojechaniem z powrotem do Hogwartu. Obecnie jestem w połowie swojego małego projektu na temat USA (ja i USA - wiem, dziwaczne) i wszystko idzie całkiem nieźle, uczniowie chyba mają z tym nawet trochę zabawy, w przyszłym tygodniu możecie się spodziewać jakichś słit foci na Fejsbuniu.

Szkoła trzecia - centrum

Tak, centrum, prawdziwe centrum Kopenhagi - jakieś 200 metrów dalej jest Amalienborg, czyli pałac, gdzie mieszka królowa! Tutaj mieści się moja główna szkoła, gdzie dostaję swoje nieduże pieniążki i trochę pracuję. Jest to jedyne centrum, gdzie uczniowie mogą spędzić więcej niż rok, albowiem nie jest to "dziesiąta klasa", ale szkoła dla młodych imigrantów, którzy chcieliby podejść do ww. egzaminu i kontynuować edukację w Danii, i muszą nadrobić cały materiał.

Moja praca opiera się tutaj głównie na dwóch rzeczach: asystowaniu mojej nauczycielce prowadzącej przy lekcjach angielskiego (grupa zaawansowana - egzaminowa), i pomaganiu jej przy jej własnej klasie (kilka godzin duńskiego, kultury Danii, matematyki, pogaduch lub czegokolwiek innego, co akurat będzie na tapecie). Zdarzyło mi się również odwiedzić dwie grupy początkujących uczniów, których duński był nawet słabszy od mojego lub dość podobny (jeden z nich mieszka tu od 3 lat - zgadnijcie, z jakiego kraju jest ten "ambitny" młody człowiek, uważający szkołę za karę), tak że miałam okazję pomóc również z tym.

Niestety program jest tak napięty, że rzadko kiedy mam okazję zrobić coś swojego, ale w sumie mało mi to przeszkadza. Nie ukrywam, że uwielbiam swoją prowadzącą i tę szkołę, a jej uczniów wręcz ubóstwiam. Większość to słodkie, kochane stworzenia, które bez przerwy bym rozpuszczała, gdybym mogła. W dodatku uczniowie już od pierwszego dnia mnie zaakceptowali i są wobec mnie naprawdę kochani. Dlatego piątek - kiedy jestem tylko tutaj i mam obie grupy: wychowawczą i angielski - pomimo że pracuję najwięcej godzin w całym tygodniu i jestem zawsze zupełnie wypluta, jest moim ulubionym dniem pracującym. Nie obywa się bez problemów, rzecz jasna, czasem bardzo poważnych, ale i tak jestem bardzo zadowolona ze swojego miejsca.

I na deser.

Jeszcze o duńskim

Przez pierwszy miesiąc ma się wrażenie, że to, co wypluwają z siebie Duńczycy, to nie jest żaden język, ale jakiś bezładny bełkot mający na celu skonfundowanie obcokrajowców, a tak naprawdę porozumiewają się telepatycznie. Potem jednak, jeśli się stara, zaczyna się podejrzewać, że to jednak jakieś narzędzie komunikacji, bo pewne sekwencje dźwięków zdają się powtarzać. Coraz łatwiej jest uwierzyć, że to jednak jakiś język.

Problem z duńskim nie polega na jego poziomie skomplikowania, bo nauczyć się czytać i pisać po duńsku nie jest trudno, zwłaszcza jeśli się ogarnia angielski i/lub co najmniej trochę niemieckiego. Gramatyka jest bliższa temu drugiemu, ale chyba jednak nieco prostsza - ogólnie rzecz biorąc, daje radę. Co zabija osoby próbujące się nauczyć tego języka, to wymowa, która jest absolutnie szalona i nie ma wiele wspólnego ze słowem pisanym.

Niestety, w szkole językowej nie udało mi się zapisać na kurs intensywny, bo odbywa się on tylko rano, a jako osoba pracująca w szkole nie mogę sobie na to pozwolić - więc od 2 tygodnia października siedzę sobie na zwykłym kursie językowym, odbywającym się 2 razy w tygodniu. Po bardzo ciężkich pierwszych 2 lekcjach (dołączyłam do grupy po 2 tygodniach i byłam do tyłu), z których nie rozumiałam nic, wszystko zaczęło się jakoś klarować. Obecnie wciąż mam wielkie trudności ze zrozumieniem, co ludzie do mnie mówią, ale na jakieś tam podstawowe tematy mogę konwersować. Moje pierwsze dwa eseje wróciły do mnie czerwone od długopisu, ale mogło być gorzej. Teraz czekam na zwrot streszczenia książki, którą przeczytałam z okazji zbliżającego się egzaminu - och, radości.

Za to mój niemiecki zanika w zastraszającym tempie, na jego miejsce wchodzi ten dziwaczny piwny bełkot, i nie jestem z tego powodu specjalnie szczęśliwa.

Za 6 godzin wstaję do pracy, więc dobranoc i do następnego. Mam nadzieję, że pogodę macie lepszą niż to islandzkie tornado, które szaleje za moim oknem. Mam nadzieję, że rano będę w stanie znaleźć swój rower.

:)
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)

Unhallowed Metropolis
Offline
Profil
Wiadomość
Odpowiedz
[1-10] [11-20] »