Na początku pozwolę sobie odpowiedzieć.
Słowik napisał:
Rozgraniczmy smutny kraj od smutnych ludzi.
W sumie masz rację. Ale tutaj chyba nic nie jest specjalnie wesołe. Jest spokojnie, dostatnio i tak dalej, ale czy wesoło? Bynajmniej. Jak zawsze - pozbywając się jednych problemów, zyskujesz nowe. Ale o tym może kiedy indziej, bo w tym odcinku już wylewam wystarczającą dawkę żalu.
AndrzejB napisał:
Ta dziwna szkoła w Nørrebro to długo już funkcjonuje? Czy to jakiś świeży eksperyment jest?
Tutaj nikt nie postrzega jej jako dziwnej, jest całkiem normalna. Nie wiem, ile to centrum już funkcjonuje (najstarszy plakat jaki ostatnio przypadkiem zobaczyłam był z roku 1997), ale system edukacyjny podobno działa w ten sposób od jakichś 30 lat.
AndrzejB napisał:
To poprawianie wiedzy to jak wygląda?
Przepraszam, nie sprecyzowałam, już się poprawiam i wyjaśniam, jak to funkcjonuje w dwóch pierwszych opisanych przeze mnie szkołach (jako, że trzecia raczej nie może służyć za dobry przykład).
Zapisując się do "dziesiątej klasy", uczeń automatycznie zapisuje się na tzw.
basis kursus, który obejmuje 3 podstawowe przedmioty: duński, matematykę i angielski. Dodatkowo można sobie dobrać kilka innych przedmiotów, jak inny język obcy (głównie niemiecki i francuski), biologię, fizykę / chemię (z jakiegoś powodu łączą te dwa przedmioty), geografię, historię, wiedzę o społeczeństwie czy "chrześcijaństwo" (
kristendom - niby odpowiednik naszych lekcji religii, ale bardzo mało indoktrynujący). Wygląda to wszystko jak normalne szkolne lekcje, przy czym z tego co zrozumiałam jest to ogólne "przebiegnięcie" przez materiał wymagany do egzaminu - np. kurs angielskiego zawiera teksty dotyczące kultury i historii krajów anglojęzycznych (UK, USA, RPA i chyba Australia), powtórzenie gramatyki, tworzenie własnej prezentacji na zadany temat, pisanie eseju etc. Co jakiś czas wystawia się uczniowi ogólną ocenę umiejętności z danego przedmiotu - w tym wypadku z mówienia, pisania i gramatyki (być może coś jeszcze, nie jestem pewna). System ocen jest inny niż w Polsce i jeszcze nie do końca go ogarniam, więc może na razie się powstrzymam, by nie wprowadzać w błąd.
Dodatkowo każda szkoła oferuje bardzo duży zakres zajęć pozalekcyjnych. Mogą to być dodatkowe lekcje z jakiegoś przedmiotu, kafejka, zajęcia plastyczne / teatralne, próby szkolnego zespołu, kluby dyskusyjne (bardzo popularna rzecz w tym kraju - Duńczycy mają bardzo silną tradycję prowadzenia dyskusji), zajęcia sportowe / taneczne / aerobik / zumba / cokolwiek, dziwne języki obce etc. Bardzo miła rzecz, szkoda że jak na razie nie miałam możliwości zostać "po godzinach", ale od lutego zmieniam godziny pracy i być może mi się uda coś ciekawego zobaczyć.
A teraz, tak dla odmiany, uwaga uwaga - zarzucę nieco dziegciem, jeśli chodzi o te magiczne duńskie szkoły.
Umiejętności a wiedza
Ileż to razy słyszeliśmy, że polski system edukacyjny jest do niczego, bo tylko stara się wbić uczniom do głowy dziesięć ton absolutnie niepotrzebnych informacji, a nie uczy ich ani myśleć, ani dyskutować, ani funkcjonować w społeczeństwie, ani nawet w praktyczny sposób wykorzystywać te tony, o jakiejkolwiek kreatywności nie wspominając. To teraz zobaczmy, co się stanie, kiedy sytuację odwrócimy...
Sposób nauczania, o którym napisałam gdzieś na początku, wprowadzono w Danii, Norwegii i Szwecji (z tego co pamiętam) ponad 30 lat temu. Duńczycy przez wiele lat byli straszliwie dumni ze swoich szkół i sposobu ich prowadzenia, podkreślając fakt że uczą uczniów dyskutowania, życia w społeczeństwie i - przede wszystkim - kreatywności, nie ograniczają ich itd. Chwalili się, że ich dzieci i młodzież lubią chodzić do szkoły (uwaga uwaga - PRAWDA!) i wiecznie utyskiwali na tzw. "czarną szkołę", gdzie uczniowie siedzą cicho w ławkach, nie odzywają się, tylko piszą w zeszycikach i ogólnie są uciskani, a nauczyciel przed tablicą niczym Bóg wygłasza im swoje prawdy (tak postrzegają szkoły takie, jak na przykład nasze). Ogólnie rzecz biorąc Duńczycy są dumni z funkcjonowania swojego państwa w większości aspektów, a już edukacja była ich konikiem.
Aż nagle kilka lat temu zorganizowany został w Unii Europejskiej test kompetencyjny, sprawdzający wiedzę uczniów z różnych przedmiotów. Wyobraźcie sobie teraz szok Duńczyków, gdy po ogłoszeniu wyników okazało się, że uplasowali się gdzieś na dole listy! Prawda - angielski im poszedł wyśmienicie, ale reszta... Well.
Więc w czym problem, proszę państwa? Otóż właśnie w tym, że nie wbija się dzieciakom wiedzy do głowy, tylko głównie "rozwija ich kreatywność" i stawia na praktyczne umiejętności. Jasne, to ważne - ale nie od dziś wiadomo, że każde ekstremum jest szkodliwe. O ile działa to w wypadku przedmiotów standardowo "praktycznych" (jak np. języki obce czy wiedza o społeczeństwie), to przedmioty ścisłe leżą i kwiczą. Poziom jest zatrważający - niech mi Duńczycy mówią, co chcą, problemy z dodawaniem ułamków zwykłych w wieku 17 lat nie wydają mi się normalne.
Kolejny problem to wg. mnie - uwaga uwaga - dobrobyt. Nawet w szkole dla "problematycznej młodzieży", która ma poważne problemy finansowe, na standardowym wyposażeniu są nowiutkie tablice multimedialne i laptopy na których uczniowie pracują podczas lekcji. Jeśli mają do napisania esej na duński, to oczywiście, że nie będą pisać go odręcznie - bo może nauczyciel nie rozczyta, a i łatwiej poprawiać drukowane, więc piszemy na laptopach. I co z tego wynika? Ano tyle, proszę państwa, że jak takiemu młodemu Duńczykowi wyłączymy cichcem autokorektę, to powstanie jednolity blok tekstu bez wielkich liter, kropek czy przecinków, za to z mnóstwem błędów ortograficznych.
True story. Rozumiem, że niektórzy pomimo starań nie mogą sobie wyrobić ładnego charakteru pisma lub mają dysleksję / dysortografię, ale chyba jednak bym wolała, żeby moje dziecko umiało pisać i czytać (tak, tu też są problemy) we własnym języku. I nie mam tutaj na myśli jedynie czytania za zrozumieniem, ale również czytanie na głos. Co z tego, że mi uczeń zrobi kolorową prezentację w PowerPoincie i z tekstem z GoogleTranslation, jeśli nie będzie umiał czegoś znaleźć w normalnej, papierowej encyklopedii? Może jestem staromodna...
Odstąpienie od "tradycyjnego" modelu nauczania ma w moich oczach jeszcze jedną poważną wadę, a mianowicie brak wyrabiania dobrych nawyków, jeśli chodzi o samodzielną naukę. Być może rozwijanie kreatywności i reszta tego
blablabla wpływa pozytywnie na motywację / ciekawość świata, ale nie wyrabia, niestety, nawyku przysiąścia do książek i wykuwania. Więc kiedy nadchodzi pora egzaminu, i nagle okazuje się że jest jakiś materiał którego trzeba się po prostu nauczyć, zaczynają się poważne problemy.
Taka prawda - przesadzanie w KAŻDĄ stronę kończy się źle. Co zabawne (?), Duńczycy od jakiegoś czasu przebąkują coś o zmianach w stronę bardziej "tradycyjną", i straszenie "czarną szkołą" jakoś nie jest już tak bardzo popularne...
To na zakończenie coś może weselszego.
Loppemarked
Krótko: jeśli ktoś z Was kiedyś zawędruje w te strony i zobaczy ogłoszenie z powyższym słowem, niech jak najprędzej sprawdzi adres i w wyznaczonym terminie stawi się na miejscu. Zaufajcie mi - chcecie tam być.
Loppemarked to po prostu pchli targ, gdzie każdy wyprzedaje za bezcen, co tylko może. To, co sprawia, że takie wydarzenia są interesujące, to dwa podstawowe fakty.
Pierwszy - Duńczycy, pomimo że uchodzą za najbardziej "wyluzowanych" Skandynawów (metaforyczny kijek w... plecach... mają podobno Szwedzi), to na nasze standardy wciąż naród niezwykle zorganizowany. Dlatego owe pchle targi to nie zorganizowane "na hurra" składowiska, ale odmierzone niby od linijki wydarzenia towarzysko-społeczne. Loppemarked nigdy nie wyjdzie poza granice ściśle określonego kawałka terenu, czy jest to placyk, uliczka, czy podwórko między blokami. Od miesiąca do tygodnia wcześniej - w zależności od wielkości wydarzenia - trwać będą zapisy na miejsca na stoliki / koce / etc., z dokładnym określeniem ilości i wielkości owych. Nie zabraknie stoisk z przekąskami, ciastem i ciepłym piciem (w lecie łatwo też o piwo - pamiętajmy, że w tym kraju publiczne spożywanie alkoholu nie jest niczym zdrożnym). Porządek o niebo lepszy, niż w duńskich supermarketach, które są z kolei domeną Chaosu.
Drugi - śmieci się wyrzuca, a na loppemarked zanosi się to, co może rzeczywiście znaleźć nowego właściciela... Prawdopodobnie. Napiszę tak: wyobraźcie sobie najbardziej dziwaczną rzecz z tych, które można trzymać w domu, a zapewne ten przedmiot wypłynął już na jakimś pchlim targu, lub wypłynie w najbliższą sobotę dwa bloki dalej. Z dóbr, jakie zdarzyło mi się zobaczyć:
- duży telewizor (jak najbardziej sprawny), 100 koron (jakieś 60 złotych pewnie)
- gigantyczny komplet srebrnej zastawy "po babci"
- suknia balowa a'la markiza Pompadour
- półmetrowa, mozaikowa rzeźba Buddy (niestety, zbyt ciężka dla mnie!)
- pięć małych, puchatych króliczków (tak, żywych)
- obity ciemnozielonym pluszem fotel w stylu mocno wiktoriańskim
- zestaw afrykańskich masek
- tania podróbka (???) słynnych "krabów" (tzw. butów Lady GaGi)
- cały zestaw perwersyjnych łóżkowych "zabawek"
- skórzany elfi kubek na kości z Q-Worshop (!!!) - tak, stoi teraz na moim biurku
- dwa porcelanowe kubki z pokrywkami, w stylu indyjskim - patrz wyżej
- ... i milijony różnych innych rzeczy, od mebli i domowych ozdób, przez najprzeróżniejsze ubrania i najdziwniejszą na świecie biżuterię, na sprzęcie elektronicznym kończąc... Albo i nie kończąc, bo czasem zdarzają się prawdziwe szaleństwa.
Jedyne, czego żałuję, to ograniczone miejsce - zarówno w moim pokoju, jak i w bagażu samolotowym. Gdyby nie to, byłabym prowajderem dekoracji i kostiumów na LARPy dla całej wschodniej Polski przez następne 10 lat. A tak jedynie urządziłam swój pokój, który z "celi szpitalnej" zmienił się w... No cóż, pokój, w którym ktoś mieszka, jest przytulnie, miło i dość ładnie. Część tych gratów na pewno tutaj zostawię dla następnego mieszkańca (po co mi tyle poduszek, no po co?), ale kilka cudów na pewno zabiorę do Polski i urządzę nimi swoje przyszłe lokum.
Ten tydzień zaczął się dramatycznie, nieszczęśliwie i w ogóle fatalnie, a wszystko wskazuje na to, że będzie gorzej - więc zawczasu muszę zrobić okopy, by przynajmniej w moim zaciszu nic mnie nie dorwało. Tyle na razie więc. Może jakieś requesty względem tego, czego ktoś jest ciekaw?