Uwaga!
Na Chodlik koniecznie weźcie:
-kari/alumatę i psiwór chyba, że preferujecie spać na sianie pod skórami (to wtedy je weźcie)
-coś od komarów i innych wredot tego rodzaju
Opcjonalnie:
-namiot-a nuż będzie padać; ja wezmę i mogę 2-3 osobom odstąpić
-kompas
-podpałkę do grilla, szmaty i drut-na pochodnie i naukę plucia ogniem
-strój wczesnośredniowieczny
Plan:
Piątek ok 16 wyruszamy, Chodlik jest wówczas zamknięty więc dekujemy się pod grodziskiem we wsi-piwo etc.
Wieczorem robimy wypad do Żmijowisk (grodzisko obok ok 3 km.) albo do lasu -zależy co nam się zachce i ilu nas będzie. Laprujemy do rana, jeśli będzie nas mało to w zamian zrobimy małego larpa(?) albo Imprezę na Orientację-łażenie po lesie i szukanie punktów

Jak nam się znudzi to strzeli się sesyjkę. W wolnym czasie możemy potrenować plucie ogniem jeśli weźmiecie podpałki do grilla.
Po 4 rano robi się jasno więc można iść spać. W sobotę otwierają imprezę dopiero od 12 (w dni powszednie 8.30 wcześniej bo szkoły przyjeżdżają). Za to otwarte będzie do 22-z finałem-o 21.30 inscenizacja teatralna m.in. taniec z ogniem.
Wygląda na to, że później może uda się załapać na jaką jeszcze imprezę

Zobaczymy. Generalnie w tym roku wszystko wygląda bardziej majówkowo-festynowo niż historycznie co dla ludu jest ciekawsze, dla grup odtwarzających może nie. Jednak organizatorzy zapewniają o przybyciu tego i owego odtwarzacza. Ocenimy.
A oto co piszą gazety:
http://www.dziennikwschodni.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20080526/NEWS01/502896652
A teraz jeśli ktoś się chce zachęcić to tekścik przedlarpowy wprowadzający w klimat do
Perunowego Kwiatu-autorstwa Elficy
Gdyby nie to, że spod rozłożystej lipy dochodziły z lekka już pijackie głosy miejscowej starszyzny, popołudnie mogłoby być piękne: słońce sączyło się spomiędzy gęstego listowia, ptaki przekrzykiwały się jeden przez drugiego a w powietrzu unosił się nieokreślony zapach długiego popołudnia. W Zarzeczu było jeszcze bardziej sielankowo niż zwykle.
- Ech, dawniej to lepiej bywało – westchnął tradycyjnie, lecz z całego serca stary wójt, znany w całej wsi z uwielbienia dla grochówki i skłonności do rozwolnień.
Reszta przezacnej kompani była tego samego zdania, ale zgadzanie się nie leżało w ich zwyczaju. Przyznanie komuś racji to jak poddanie się bez walki. Poza tym gąsiorki z miodem były jeszcze pełne i szkoda było tracić czasu.
- Lepiej było – nie poddawał się wójt – i kobiety były piękniejsze. Dobrze pamiętam, jak jakaś szła przez wieś, to nie szło się nie obejrzeć, bo i też było za czym: z przodu cud, z tyłu bogini…
- Tyś to nie tylko patrzył, wójcie, ale i obłapiał – uśmiechną się krzywo mrugając przeraźliwie niebieskimi oczyma Wsiesław, wioskowy kowal – Jeśli dobrze liczyć to co piąte dziecko w tej wsi w swoim czasie miało cię za ojca…
- Ech, było minęło, dawne czasy – wymruczał z jakąś dziwną nostalgią w głosie wójt.
- A przede wszystkim – włączył się do dyskusji kościsty i twardy jak rzemień kapłan Boguchwał – młodzi słowo rodziców w głębokim poważaniu mieli. I zimy jakby coś cieplejsze bywały.
Malowniczą grupkę miejscowych tetryków tworzyła trójka szczerbatych jak stary płot mężczyzn. Pszczoły latały w powietrzu i roznosiły za sobą zapach miodu.
Siemię odchylił się do tyłu na drewnianej ławie i podjął wywód:
- To jak dziś przecież pamiętam, że ojca słowo za święte stało, a najlepszy przykład, ot, niech będzie sprawa garncarskiego syna, Ziem mu chyba było. Na potańcówkę do sąsiedniej wsi się wybrał, bez ojcowskiego pozwolenia. Krzesimir czekał do rana i się doczekał. Leciał potem z pasem za synem przez pół Zarzecza chyba, aż go dopadł i złoił skórę. I nikt mu złego słowa nie powiedział, nawet sam syn, choć już grubo po czterdziestce był i łysieć zaczynał.
- Krzesimirowi nie dało się powiedzieć złego słowa – wtrącił radośnie Męcimir. – Ale to dlatego, że zawsze można było się spodziewać w odpowiedzi jeszcze gorszego.
- Ano- rozjaśnił się Bolebor – z nim to zawsze coś się działo. Pamiętacie, jak swojej żonie wszystkie łaszki na najwyższym świerku porozwieszał? Oj, kobita potem chyba z trzy dni ściągała koszule, zapaski i spódnice. Ho, a nóg się przy tym jej można było naoglądać, oj można było… I żeby tylko nóg…
Nad srebrnymi głowami starców przeleciała sowa. Cień skrzydeł przypominał długi powróz.
- Ot, wylazła gadzina, kolację sobie znaleźć – Siemił uważał się za znawcę w każdej możliwej dziedzinie – Żyjątko, a wie, że najkrótsza noc dziś.
- Za to dzieje się najwięcej z całego roku – powiedział Męcimir.
- E tam, działo to się, jak myśmy byli młodzi.
- I piękni – mrugnął Męcimir.
- Ano, rzekłeś. Najpierw panny szły rwać te swoje chabazie, a potem można już było robić co się chciało: z panną gadać albo przy ogniu siedzieć. Świętowało się porządnie, nie tak jak dziś – ledwo północ minie, a oni już siedzą pod stołem i rzygają.
- Dziś nie będą, bo czasu im braknie na ważniejsze sprawy… - Męcimir był nadzwyczaj zadowolony – Wiecie, że wójt gospodarstwem chce się zająć, to i posady się zrzeka? Ano tak. Ponoć ma już upatrzonego swego następcę. Ot, szczęśliwy człek: dom zbudował, syna spłodził, córkę za mąż wydaje…
-To znaczy, że na wiec na się trza udać?
-Ano, po swawolach święta Kupały odbyć się mają zaślubiny wójtowej córy Racisławy z Dzierżysławem, a potem nowego wójta mamy obierać.
-Udana z nich para. Dziatki pewnie równie udatne będą.
Nad wioską wstawał powoli dzień. Słońce powoli wytaczało się zza horyzontu, a rolnicy leniwie zwlekali się ze swych łóżek. Każdy miał świadomość wyjątkowości dzisiejszego dnia. Trzeba będzie się przygotować do wieczornych uciech. Zbliża się Święto Kupały, noc ognia i wody, radosny czas gdy zakochani łączą się w pary, a bogowie spacerują po ziemi. Tegoroczną Kuplanockę miały dodatkowo uświetnić zaślubiny wójtowej córy i wybór nowego wójta. Ale to miało nastąpić dopiero o świcie.
Późnym popołudniem gdy przygotowania do sobótki powoli miały się ku końcowi każdy rozmyślał co przyniesie dzisiejsza noc. Miłość, magię, czary? Może wreszcie uda się odnaleźć wreszcie perunowy kwiat co na paproci wyrasta… Któż wie co się wydarzy, ponoć sami bogowie nie znają do końca losów świata. Przekonajmy się.