Krzak: a jak na imię Petruchio? Chyba zostałam fanką. ;-]
Dzisiejsze spektakle wzbudziły we mnie znacznie mniejsze emocje niż wczorajsze. Zaczęliśmy około 16:00, kiedy na Placu Litewskim rozpoczął się pokaz teatru ulicznego KET, czyli godzina dynamicznych, kolorowych pokazów cyrkowych na szczudłach. Ciepłe, sympatyczne, komediowe przedstawionko bez żadnej konkretnej treści, czy motywu przewodniego. Niekoniecznie zachwycające, ale miłe dla oka, choć oblewanie widowni wodą to motyw nie tylko stary, ale też niemodny. :-)
Kolejny, w którym pokładałam naprawdę spore nadzieje, czyli wrocławski Teatr Kejos z rzekomo mroczną "Alicją w krainie czarów". Z całego spektaklu mroczne były tylko wizualizacje (chylę czoła, były naprawdę przerażające), w których przewijały się motywy z Alicji + wizje jak po ciężkiej nocy w Jakucji z szamanem i workiem grzybów halucynogennych. Świetna elektroniczno - ambientowo - industrialna muzyka dopełniała dość ciężkiej, nieaktorskiej części przedstawienia. Doskonałe, "timbertonowskie" stroje Szalonego Kapelusznika i tego pana, który miał dużo zegarków ale nie był Białym Królikiem (w "Alicji" zegarki dzierżył Królik, tutaj Królik był osobno), powaliły nas na kolana. Popisy akrobatyczne obu Alicji na linach i na trapezie wprawdzie nie dorównywały ni trochę wczorajszemu Decalages, ale były naprawdę ładne i superprzyjemnie się je oglądało, czego nie mogę powiedzieć o części "żonglerskiej". Była po prostu nudna i zbyt długa. Strasznie nam się natomiast podobała Królowa Kier i jej pokaz "wokalny". Aktorka to imho nie lada osobowość, a wyjątkowo gibkie ruchy, gracja i fascynująca mimika wskazuje mi tu na nią jako na najciekawszą kreację aktorską całego przedstawienia. Podsumowując - "reklamowanego" mroku było ani na lekarstwo, w dodatku - jak mi się zdaje, choć w recenzyjkach i zajawkach obiecywano wyjątkowo niestandardową "Alicję", mnie się wydawała dość konwencjonalna. Gdyby nie wizualizacje i muzyka, wydawałaby mi się całkiem. Ach - podobały mi się karty i "wybuchowy" finał (zwłaszcza "zegarnik" rozrzucający karty). :-)
Trzeci spektakl, czyli "Hiob" Voskresinni, całkiem rozjeżdżał się z konwencją festiwalu (cyrk i teatr). Dość klasyczna, pozbawiona fajerwerków, akrobatyk, ogni, szczudeł, głośnej muzyki, ekranizacja dramatu Karola Wojtyły (jak właśnie przeczytałam), była bardzo statyczna, utrzymana w tradycyjnym duchu szkoły Stanisławskiego (o ile się nie mylę, słabo pamiętam zajęcia z teatrologii ze studiów). Surowa i źle ustawiona ("skrzydła" widowni w ogóle nie widziały co dzieje się w głębi sceny) scenografia, może i kolorystycznie wyglądała dobrze, ale ruch sceniczny był nieprzemyślany. Aktorzy zasłaniali się nawzajem, a wspomniane już scenograficzne drabiny utrudniały widoczność w ogóle. Opowieść była wszystkim znana, więc tu nie ma się co zżymać, na uwagę zasługuje natomiast fakt, że aktorzy wykonywali niekoniecznie proste piękne pieśni (religijne) na wiele głosów, bez żadnego wsparcia elektronicznego. Zdaje mi się jednak, że festiwalowicze oczekiwali wieczorem jakiegoś gwoździa programu, jak było z wczorajszą "Złośnicą" i że spektakl w związku z czym trochę ich rozczarował. Mnie też, byłam trochę zmęczona a statyka i nastrój wynikający z tematyki, bardzo mnie uśpił.
No well, to by było na tyle. Nie wiem czy to ktoś w ogóle czyta, ale czuję potrzebę podzielenia się swoimi uwagami, nie gniewajcie się. :-)
Ja czytam.
Z żalem, bo kiedy to wszystko się działo, ja słuchałam ludzi inteligentnych inaczej tłumaczących mi dobitnie, co uważają na temat mój, firmy, w której pracuję i kobiet z mojej rodziny do 7 pokoleń wstecz.
Człowiek o wąskich horyzontach lepiej widzi to co przed nim.
Ja też poczytuję. Dobrze recenzujesz, swoją drogą, nawet w prasie czasami nie można zaznać takich tekstów krytycznych.
A jeśli chodzi o festiwal, wczoraj zadzwonił do nas do teatru pan, który wypytał mnie prawie o cały program (co, gdzie, kiedy i dlaczego) i jakoś nie przeszkadzało mu, że Osterwa nie ma z festiwalem nic wspólnego. A zaczęło się od tego nieszczęsnego Hioba właśnie...
O, dziękuję Słowik. To bardzo miłe, zwłaszcza zważywszy na to, że raczej nie silę się na jakąś specjalnie profesjonalną recenzję, a raczej piszę co mi emocje na palce przyniosą.
Krzak: dzięki. W ogóle widzę, że świetna z nich ekipa. Naprawdę zrobili niesamowicie charyzmatyczne wrażenie. Lubię na scenie ludzi z poczuciem humoru i dystansem, zwłaszcza do tego, co robią sami. :-)
KET był super, świetny spektakl, zabawne pokazy i genialne stroje. Nigdy nie sądziłam, że można się tak zgrabnie poruszać na szczudłach. I nigdy się tak nie cieszyłam z faktu bycia oblaną butelką wody
"Alicja" mnie nieco rozczarowała, spodziewałam się czegoś powalającego, a było po prostu fajnie. Osoba, ktorą zidentyfikowaliśmy po jakimś czasie jako (prawdopodobnie) Kota z Cheshire była nudna, a jej występ niewidowiskowy i przydługi (Bioły i Squirel twierdzą, że była to osoba płci żeńskiej, ja nie potrafiłam określić, ale zapewne mają rację). Kapelusznik i "Iluzjonista" (Marcowy Zając? Jaszczur? Nie zidentyfikowaliśmy tej postaci, ja chyba bym obstawiała na Zająca), jak wspomniała Squirel, mieli genialne stroje, aż żałowałam, że nie miałam aparatu. A Królowa Kier absolutnie zdominowała przedstawienie i nawet dwie Alicje nie mogły tego zmienić
O "Hiobie" nie będę się wypowiadać, bo nie. Tylko tyle - nietrafione.
Moi drodzy, dziś kolejna część festiwalu. Wraz z Biołym wybieramy się na "Ballady..." na podstawie tekstów Nicka Cave'a, następnie (już pewnie z Wiewiórą) na nocny pokaz KET i Wingsy. Może ktoś się z nami zabierze?
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez gwyn_blath 2009-06-18 12:53:30
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)
Wczoraj zaliczyłam dwa ostatnie (dla mnie) spektakle Festiwalu Teatralnego "Sąsiedzi". Po doskonałym wtorku, nieco słabszej środzie, dziś finał znów wbił mnie w fotel. Oba spektakle na których byłam, zupełnie przypadkiem trochę ocierały się o stylistykę dieselpunkowych lat 20tych, ale po kolei.
Teatr KET i jego uliczny spektakl na szczudłach, widziałam już w środę, za dnia. Tym razem "Pomiędzy niebem a ziemią" zaczynał się już po zapadnięciu zmroku, takoż więc oczekiwałam ogni, fajerwerków i zmyślnie świecących reflektorów. Takoż i otrzymałam to czego się spodziewałam, a oprócz tego także masę śmierdzącego dymu, który szczypał w oczy. :-)
Na wpół komiczna, na wpół liryczna opowieść losów pewnego miłośnika i obserwatora ptaków, obfitowała w efekty specjalne, trochę nieodpowiednio imho dobrane do miejsca na placu i ilości ludzi. Rewelacyjne, naprawdę świetne sceny wojenne, pełne wybuchów, ogni, dynamiki i odgłosów strzałów i bitew, z rewelacyjnym pomysłem - żołnierzami na hulajnogach, popsuły mi, niestety, wpadające do oczu drobinki petard. Dieselpunkowe (wg. Biołego Unhallowedowe ;-) ) stroje, gogle, do tego szczudła i mroczna charakteryzacja, robiły na mnie, wielbicielu podobnych konwencji, spore wrażenie. W przeciwieństwie do "Marzeń", "Pomiędzy niebem..." miało konkretną fabułę, pięknie wspartą światłem. Na szczególną uwagę zasługują sceny "miłosne" - bardzo liryczne, doskonale podświetlone, subtelne, naprawdę fajne.
Niemniej - przedstawionko na pewno nie powaliło mnie na kolana, czego nie mogę powiedzieć o kolejnym, ostatnim już, które odwiedziłam...
W Muszli Koncertowej przywitał nas telebim, z wielkim, obracającym się obrazkiem pary butów do stepowania. Project WINGS, tak bowiem nazywać się mieli performerzy, którzy wystąpić mieli w spektaklu o tym samym tytule, to - jak przeczytałam wcześniej w internecie - grupa stepperów, tańczących do granej na żywo muzyki. Zespół składał się z dwóch doskonałych gitarzystów i perkusji, a kiedy zaczęli grać i kiedy na scenie po raz pierwszy pojawiła się trójka charyzmatycznych tancerzy, to był jeden z tych momentów, kiedy po paru sekundach większość widowni (w tym ja, w pierwszej kolejności) dałaby się za Project WINGS żywcem pokroić. Parę sekund po rozpoczęciu spektaklu bowiem okazało się, dlaczego Project WINGS nazywa się Projektem WINGS (i nie chodzi mi tu o konotacje ze "swing", do którego zespół oficjalnie się przyznaje). Nie tylko bowiem chłopaki, jak się okazało, mają skrzydła pozwalające im unosić się parę milimetrów nad sceną, ale skrzydła te w jedną małą chwilę potrafią przekazać każdej z siedzących na widowni osób. Wystarczyła chwila, aby moje serce zabiło szybciej a do głowy przychodziły niekontrolowane fale myśli o spełniających się marzeniach, o sztuce ciepłej i niesłuchanie otwartej i dobrej, o ludziach twórczych, pełnych pasji i wewnętrznego ognia i o tym, że bez względu na to w jakim będę wieku i co będzie działo się na świecie, jeśli będę chciała zawsze pozostanę młoda i pełna wiary...
Rozkleiłam się.
Do konkretów. :-)
Spektakl stepperski miksował dwie różne stylistyki w sposób mistrzowski i niezwykły. Motywem przewodnim była tutaj sztuka ulicy i ludzie ulicy - reprezentowanej przez płonącą beczkę - węglarkę, pokryte "graffiti" schody, muzyka trochę w stylu Pink Floyd i rewelacyjne wizualizacje: a to czeskie "gargulce" miejskie, a to padający śnieg, a to ruchliwe uliczki starych miast, irlandzkie puby wypełnione po brzegi ludźmi, a to ryneczki i targi, sklep z kukuełkami... Całości dopełniały stroje stepperów - ulicznych performerów, z ich rozchełstanymi marynarkami, zwężanymi ku dołowi pasiastymi spodniami, kamizelkami i kapelusikami z piórkiem.
Obok "stylistyki ulicy" jednak, raz po raz pojawiały się liryczne motywy z lat 20tych. Dla mnie absolutnych gwoździem programu było wyjście jednego ze stepperów z saksofonem basowym i, przy wtórze wizualizacji na którą składały się gazety, stare postery, okładki płyt i nuty muzyki z lat 20tych (Duke Ellington, Ella Fitzgerald, Fred Astaire, Ginger Rogers, etc...), odegranie kilku standardów swingowych tamtych lat, po czym zatańczenie przez niego samego prawdziwego steppu w tamtym, old schoolowym, niesamowitym, powalającym na kolana, stylu.
Publiczność z kolei zdawała się być najbardziej zachwycona pokazem na schodach (wow!) i "bisem", granym butami na drewnie, metalowych kratkach i innych dziwadłach.
Ja tymczasem, na zakończenie, dodam jeszcze od siebie, że wierzę, że Project WINGS, sprawdza się nie tylko na scenie, ale tez w życiu. Chłopaki wyglądali na świetnie zgranych, niesłychanie bliskich sobie ludzi, którzy razem chodzą do kina, piją piwo i z pasją robią wysoką sztukę zamaskowaną stylistyką charakterystyczną sztuki niskiej. A skrzydełka mam do tej pory. :-)
To już koniec Festiwalu Teatralnego "Sąsiedzi", który przyniósł mi w przeciągu ostatnich trzech naprawdę niesamowitych dni, tyle niezwykłych, rzadko odczuwanych emocji, co przez ostatnie miesiące. Żałuję, że musiał się skończyć - być może przez wzgląd na mój powrót do Lublina po długiej nieobecności, przeżyłam go zupełnie wyjątkowo.
Dorocie i Biołemu dziękuję za wierne towarzystwo, pasjonujące dyskusje o sztuce i teatrze, cygaretki i piwno - jadłowe rozmowy o pierdołach. I pozostałym, bardziej "epizodycznym" też. LOWE. :-*
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez 2009-06-19 13:30:55
Ostatnie dni obfitowały w kulturę. To bardzo potocznie sformułowane stwierdzenie jest jedynym jakie przychodzi mi do głowy w tym momencie. Przez dwa ostatnie dni zobaczyłem więcej spektakli niż przez cały ostatni rok. Festiwal "Sąsiedzi" oprócz różnorodności kulturowej zapewnił widzom spojrzenie na szerokie spektrum tematyki. Były pokazy cyrkowe, były koncerty taneczne, było śmiesznie i było strasznie. Jednak to wczorajsze przedstawienie w wykonaniu katowickiego teatru Korez pt. "Ballady kochanków i morderców" sprawiły, że opuściłem namiot na Placu Litewskim w nastroju... no właśnie. Ciężko określić w jakim.
Przyznam się, że jestem fanem muzyki Nicka Cave'a (która, nota bene, dobywa się z moich głośników, gdy piszę te słowa), więc uznałem, że spektakl oparty na jego muzycznej twórczości jest dla mnie pozycją obowiązkową. Wchodząc wczorajszego wieczoru do ciemnego namiotu nie wiedziałem czego się spodziewać. Niemal pusta scena sprawiała wrażenie minimalizmu wykonania. Dwa ciemne ekrany przykryte płachtami materiału w kolorach białym i czerwonym. A nad nimi coś, jakby tablice, na których rysowały się w ciemności jakieś bezkształtne wzory. Lecz gdy widownia zajęła swoje miejsca, jedna z nich zapłonęła żarówkami ukazując napis "Miłość".
W ten oto sposób spektakl został podzielony na dwie tytułowe części. Na część o miłości i część o zbrodni. Piosenki z repertuaru zespołu Nick Cave and the Bad Seeds w wykonaniu polskich aktorów, oprócz tematyki miłości, zbrodni i czającego się wewnątrz każdego człowieka zła, zaśpiewane i zwizualizowane na scenie brzmiały (i wyglądały) przepięknie (mam w paru momentach zastrzeżenia do tłumacza, jednak nie było to nic takiego, co mogłoby zepsuć odbiór).
Wszystkie utwory połączone były również postacią głównego bohatera - anioła (postać z filmu "Niebo nad Berlinem", który zstąpił na Ziemię. Podczas jego wędrówki przez doczesność napotyka serię postaci występujących w utworach Cave'a. Ojców, morderców, kochanków, uwodzicielskie kobiety i porzuconych mężczyzn. Anioł poszukujący drogi powrotu upada, uwodzi, poniża i jest poniżany, aż w końcu udaje mu się odnaleźć, niemal literalnie, schody do nieba. Genialnie wykreowane postacie, świetna charakteryzacja i piękne, pasujące do klimatu utworów głosy aktorów złożyły się na niemal półtorej godziny doskonałej, dojrzałej rozrywki.
Od strony technicznej, muszę pogratulować maksymalnego wykorzystania na pozór minimalistycznej scenografii. Jak wspomniałem na początku, scena składała się z dwóch ekranów, pomiędzy którymi znajdowała się niewielka szczelina. Na ekranach rozwieszone zostały dwa fragmenty materiału - jeden w kolorze białym, drugi w kolorze czerwonym - kolory miłości i śmierci. Doskonała operacja światłem dramatycznie podkreślała najważniejsze momenty przedstawienia. Zapewniona została nam również dawka dobrze pomyślanych efektów specjalnych. Doświadczyliśmy scenicznego deszczu, ognia, padających płatków róż. Moim ulubionym momentem było włączenie krzesła elektrycznego podczas egzekucji jednego z bohaterów. Niemal cały namiot stanął w ogniu.
Co mi się nie podobało. Miejsce/pora. "Ballady..." to jedno z tych przedstawień, które powinno się oglądać w budynku teatru. Zdarzyło się parę razy, że przez prześwity w namiocie widać było to, co się dzieje za sceną. Ponadto muszę stwierdzić, że tłumaczenia niektórych piosenek były zbyt wolne. Rozumiem, że takie rzeczy robi się w celu łatwiejszej aranżacji, jednak moim zdaniem w paru przypadkach cel ten nie został osiągnięty. Ostatnią rzeczą, która mi się nie podobała, było to, że momentami przedstawienie robiło się po prostu zabawne. Napięcie budowane podczas poprzednich utworów padało jak ścięte siekierą. Cóż, to jest akurat moja osobista uwaga.
Podsumowując, przedstawienie było chyba najlepszym, najbardziej poruszającym spośród tych, które zobaczyłem podczas całego festiwalu. Uderzało w najciemniejsze, te najbardziej wrażliwe miejsca ludzkiej świadomości. Do tej chwili czuję gęsią skórkę, gdy słyszę dźwięki utworów. Kto nie był, niech żałuje.
Lista utworów:
1. Pieśń naszych łez
2. Czy mnie kochasz (cz. I)
3. Już nigdy nie spadnie deszcz
4. Wprost do ciebie
5. Pieśń okrętów
6. Czy mnie kochasz (cz. II)
7. Dziecko łez
8. Szkarłatna dłoń
9. Krzesło miłosierdzia
10. Henry Lee
11. Crow Jane
12. Klątwa Millhaven
13. Tam gdzie kwitną dzikie róże
14. W moich ramionach
If you don't eat yer meat, you can't have any pudding! How can you have any pudding if you don't eat yer meat?!
Ja nie byłam i faktycznie żałuję. Szczególnie zainteresowały mnie rozwiązania techniczne o których mówiłeś wczoraj - deszcz choćby, wybuchająca scena, etc. Bardzo lubię widowiskowe rzeczy. :-)