Tak sobie poczytałam i w sumie, jest racja w tym, co mówicie. Co śmieszne, znam to nawet z realu, z bractwa. Zupełnie inaczej strzela się z czyjegoś łuku, a inaczej z własnego, nawet jeśli własny jest gorszy/słabszy/zniszczony (no, z tym zniszczeniem też nie warto przesadzać). Mój, choć fakt, lepszy od naszego ogólnodostępnego-bractwowego, na turniejach wypada cienko (moje umiejętności to inna sprawa), a do tego opleciony jest CZARNĄ skórą, co u nas jest herezją, a mnie się podoba i nie zmienię oplotu za żadne skarby, chyba, że się przetrze dokumentnie. A nie przetrze się łatwo, smaruję go, konserwuję, wieszam w określonej pozycji, gdy nie "pracuję" z nim (nie strzelam). No i jaka jest satysfakcja, gdy naginasz na kolanach te 25 kg naciągu łuku refleksyjnego (uwierzcie, to dosyć dużo dla niektórych) żeby własnoręcznie bez pomocy założyć cięciwę...
Wiele wnoszą też emocje samej osoby, uczucie jakim darzy owy przedmiot. Wie ktoś, z jaką czcią samuraje traktowali swoje miecze? Twierdzili, że jest w nich zaklęta dusza walczącego, ale i wykonawcy, dlatego po dziś dzień miecznik może wykonać określoną liczbę mieczy na określony czas (teraz bodajże 2 długie lub 3 krótkie na miesiąc), żeby nie "wyczerpał" się na jeden miecz. Tak samo ja z konserwacją łuku. Samo smarowanie skóry oplotu tłuszczem (w naszych czasach na szczęście mamy wazelinę, a nie smalec

) jest momentami czynnością magiczną. Dbasz o coś, a to coś może się odwdzięczy.
I to jest magia zaklęta w przedmiotach.