I po Konfuzji. W ekspresowym skrócie:
Piątek, 22:30, docieram na konwent. Puuuuuustki! Czy to się odbędzie? Wbijam na kwaterę do kolegi i gramy w Memoir '44, Pacific Theater. Zbieram baty
Sobota, nie pamiętam która, spotkanie z Trzewiczkiem. Opowiada o planach wydawniczych. Zaciekawiła mnie informacja o wznowieniu De Profundis z rozdziałem o wykorzystywaniu blogów/netu. Bardzo być może kupię. Potem rozmowa z Nid'em o tym, dlaczego nWOD ssie. Można by z tego zrobić mega-flejmogenną prelekcję. Gram też w "Gwiezdną eskadrę", nową grę planszową wydaną przez Portal. Kiepska.
W ramach Orient Expressu prowadzę Battlestar Galactica na zmodyfikowanej mechanice Disciple 12. Odkrywam, że większość modyfikacji była zbędna. Na szczęści przygoda wychodzi fajnie dzięki naszemu wspólnemu zaangażowaniu, ale nic dziwnego - na sześć osób, cztery to fani serialu, plus jedna pół-fanka, plus laik, ale szybko się dostosował
Gram w stary Świat Mroku. Dobry MG z jednym zastrzeżeniem. W scenariuszu mogłoby nie być bohaterów graczy, a i tak wszystko potoczyłoby się tak samo. Ale jednak na plus, dzięki klimatowi i genialnym scenkom pobocznym.
Dom, sen.
Niedziela, rano, Memoir '44 Mediterranean Theater. Ekscytujący scenariusz "Hellfire Pass", piekielnie trudny dla Aliantów. Dwie godziny z głowy. Wypad na miasto w celach towatzyskich.
Powrót, planszówka Battlestar Galactica. Gra przypomina Shadows Over Camelot, tylko jest dużo lepsza - bez porównania więcej mozliwości, lepiej rozwiązany motyw zdrajcy, lepiej "ukrywająca" system pod otoczką motywów z filmu.
Sesja w Monastyr. Byłem na prelekcjach, grałem w LARP-a, nigdy nie przekonalem się do tego systemu. A tutaj MG poprowadził dwugodzinną, czysto narracyjną sesję dla mnie i znajomego i wyszło rewelacyjnie. Niesamowity klimat, jednostka frontowa, ja grałem nordyjskim kapelanem, kolega cynazyjskim zwiadowcą. Bitwa, dodawanie otuchy żołnierzom, akcje wywiadów. Te dwie godziny w końcu ukazały mi możliwości związane z tym światem. Trzewik zapowiedział kolejną edycję, raczej na pewno kupię.
LARP - coś o Marsie, sf. Potwierdziło się, że zupełnie nie czuję larpów knująco-intryganckich. W każdym razie będę wiedział na przyszłość.
No i tyle. Ostatni punkt programu zakończyłem około czwartej nad ranem. Było dobrze. Kraków w dalszym ciągu pozostaje dla mnie najważniejszym miastem rpg-owo-fantastycznym. Po prostu spędziłem w nim bez porównania więcej czasu na konwentach niż w Lublinie. No ale biorąc pod uwagę uwarunkowania geograficzne i fakt, że jednak na krakowskich konwentach jest coraz mniej ludzi, może się to niedługo zmienić.