|
Blanche Fabienne Toinette
DZIENNIK Z PODRÓŻY DO POLSKI [color=darkblue:1276418fe9]Sesja ZC, noc z 20 na 21 stycznia 2007, MG: Mordred. Gracze: panna Colette – Selket, porucznik Jean – Excray, ojciec Moris – Lashlo, Blanche – Squirel.[/color:1276418fe9] 13 listopad 1918 Stało się... Jak można było się spodziewać po mojej matce, wyjeżdżam wbrew swojej woli. Nie zgadniesz gdzie... do Polski. Czekamy z Justyną na peronie na moją eskortę. Gdyby nie tłum wiwatujący z powodu zakończenia wojny, barwne korowody, śpiewy i okrzyki wolności, peron byłby prawdopodobnie oazą spokoju. Dookoła kręci się wielu wojskowych, jeszcze uzbrojonych, a już pijanych alkoholem, szczęściem, swobodą, pewnych, że ich misja została zakończona... Kobieta, która ma jechać ze mną zna język polski. Dobrze, pomimo zdania matki, że cała Europa mówi po francusku, ja jestem skłonna myśleć wręcz przeciwnie. Zawsze myślałam inaczej niż ona, całe szczęście... Spóźnia się, konduktor ogłosił odjazd, a jej wciąż nie ma. Zajmę swoje miejsce w przedziale, jeśli nie przyjdzie... cóż, i tak poradzę sobie sama. Kto miałby to zrobić, jeśli nie ja. Nie mam w zwyczaju oceniać ludzi po pozorach, ale pani Colette (aktorka? Tancerka? Jakoś tak), jest przerażająco kokietkowatą, nie do końca inteligentną lafiryndą. To będzie wyjątkowo ciekawa podróż, zwłaszcza biorąc pod uwagę towarzystwo zebrane w naszym przedziale. Mamy więc wojskowego, przedstawił się jako Jean Sentiel? Sertiel? Nie pamiętam nazwiska. Mało tego, drugim naszym współpasażerem jest... mnich. Nazywa się Moris i jest wyjątkowo małomówny. Wszyscy oni, jak i z resztą formalnie ja, jadą do Warszawy razem z przedstawicielstwem francuskiej misji dyplomatycznej. To mi przypomina, że muszę się skontaktować z panem Pranon, domniemanym opiekunem misji, który przyjął mnie pod swe skrzydła na czas podróży. 14 listopad 1918 Przekroczyliśmy linię demarkacyjną. Ku naszemu zdumieniu ochronę nad pociągiem przekazano teraz Niemcom. Na małym peronie, na którym pociąg przez chwilę stał widzieliśmy tłumy Niemców, wojskowych i cywili, wiwatujących ponoć na naszą cześć, z okazji zakończenia wojny. Cóż za barbarzyństwo, rozpędzono ich strzałem z karabinu w niebo! Niemcy nie pozwalają mi przejść do drugiego przedziału i zobaczyć się z Pranonem. Zgroza... Mamy nowego współpasażera. To niemiecki oficer, nazwiskiem Otto Rershlick? Jakoś tak. Umownie nazwę go tutaj Ręcznikiem. Jest bardzo kulturalny i szarmancki. Rozległe równiny, poorane tylko lejami po bombach. Listopadowe nagie drzewa sięgające ku niebu. Brudni, zmęczeni żołnierze, wracający do domu... Czuję się wyjątkowo przybita tymi krajobrazami. 15 listopad 1918 Przejechaliśmy dziś przez Posen. Hej! POSEN! To tutaj Czerwony Krzyż dostarczał nasze paczki do ojca. Nie zatrzymywaliśmy się jednak w tym mieście, do Warszawy już ponoć niedaleko. Znów zmieniła się nasza eskorta. Tym razem pilnują nas, jak to mówi Ręcznik, „polscy rewolucjoniści”. Jeden z nich mówi nawet po francusku. Przyznam szczerze, że kiedy na nich spojrzeć, wzbudzają znacznie mniej zaufania niż Niemcy, ale po chwili rozmowy wzbudzają sympatię. No tak, nie mogło się skończyć inaczej. Napoili Jeana wódką. Po południu dotarliśmy do Warszawy... Gdybyście widzieli te wiwatujące tłumy! Kolorowe korowody, kwiaty, ludzie rożnych narodowości: Polacy, Niemcy i inni. Żołnierze w rozchełstanych mundurach, jeszcze z bronią przy boku. Okrzyki „viva la France!”, śpiewy, wystrzały w niebo – takie przywitanie zgotowała Warszawa misji dyplomatycznej. Zakwaterowano nas w hotelu Europejskim, podczas jazdy do niego widzieliśmy prawdziwą cerkiew! Wieczorem czeka nas „przyjęcie zapoznawcze”. Niewiele mówią mi nazwiska możnych, którzy zjawili się na przyjęciu, niemniej jednak kilku z nich tytułują nawet książętami. Rozmawiałam z księciem Radziwiłłem i z Sapiehą. Obaj twierdzą, że poszukiwanego przeze mnie Aleksandra Potockiego już od dawna nie ma w Warszawie. Mówią, że wyjechał na Ukrainę i że jest tam bardzo niebezpiecznie, odradzają mi podróż. Szczerze powiedziawszy wyglądali jakby byli wielce nie radzi moim zapytaniom o Potockiego. Zbywali mnie nieco. Lafirynda... przepraszam, pani Colette oczywiście, robi karierę wśród oficerów. Dziwne, w zasadzie zaczęłam ją nawet trochę lubić. 16 listopad 1918 Planuję dziś spotkać się z panem Pranonem, wreszcie, aby sprawdzić czy przypadkiem nie może on mi pomóc w odnalezieniu Potockiego, albo jego rodziny. Powiedział, że zobaczy co się da zrobić, tymczasem zaproponował mi „pracę”, dzięki której nie będę się nudzić. Chodzi o jakąś grubszą sprawę związaną z francuskimi dziełami sztuki, szczegółów jeszcze nie znam. Polacy wyglądają na zachwyconych naszą obecnością. Niemalże noszą nas na rękach, kiedy nas widzą – wiwatują. Dziwny kraj. Widać, że cieszą się z zakończenia wojny, ale jakoś zupełnie inaczej niż np. Francuzi. Pranon powiedział mi, że w Polsce działają aktualnie dwa nielegalne rządy, jeden z Lublinie a drugi w Krakowie, we Francji natomiast działa jeszcze trzeci – legalny. Nie rozumiem tego, chyba nie mam jednak głowy do polityki. Tęsknię do moich „kości”, chcę do Egiptu... Świat żyjących jest bardzo przygnębiający. Co innego świat martwych, najlepiej tak od tysięcy lat! Ciekawe gdzie jest teraz ojciec i ile czasu zajmie mi sprowadzenie go do domu... Zaplanowany przeze mnie i panią Colette spacer po Warszawie nie wyszedł, ze względu na przyjęcie dyplomatyczne planowane na wieczór. Na przyjęciu zjawił się niejaki Piłsudski – ponoć bardzo ważna dla narodu polskiego persona. Nasłuchałam się o sytuacji na Ukrainie (wielkie niepokoje, grabieże) i w Niemczech (chyba szykuje się rewolucja). 17 listopad 1918 Od kilku dni po Warszawie krążą pogłoski o obrobionym ponoć przez Niemców, kościele. Skradziono... zwłoki! W dodatku jakieś stare. Rozumiem, gdyby były to szczątki Ramzesów i Tutenhamonów, ale to tylko ciało jakiegoś dowódcy z któregoś z polskich powstań. Oficer Jean Niepamiętamnazwiska zaangażował mnie, zgodnie z poleceniem pana Pranona, do swojego śledztwa. Okazało się, że poszukuje on dwóch Niemców, którzy na terenie Francji kradli dzieła sztuki. Trop zaprowadził Porucznika do Polski. Wydaje mi się, że Jean myśli, że sprawa kradzieży zwłok z kościoła, może się jakoś wiązać z von Shilke i z profesorem Bohmem. Ojciec Moris wybadał nieco grunt w kwestii kradzieży. Skradziono kości dowódcy czwartego pułku piechoty, majora Laskowskiego. Zwłoki pochodzą z powstania listopadowego, czyli z roku 1830 lub 1831. Prócz całej, wyniesionej z kościoła trumny, zabrano też włócznię, którą trzymał anioł w ołtarzu nawy bocznej w której była krypta. Trąba nie zginęła. Odwiedziliśmy we czwórkę kościół, ale ksiądz był wyjątkowo nieprzychylny, nie chciał nic powiedzieć, był agresywny. Odesłał nas na policję tuż przed tym, jak wyprosił nas z budynku sakralnego. Paranoja! Policja w Warszawie to nieprzeszkolone wojsko złożone ze studentów tutejszego uniwersytetu! Dziwny kraj... Kapitan Wacław Maliński przyjął nas ciepło. I tu alleluja! Zupełnie przez przypadek trafiłam na siostrzeńca profesora Tadeusza Wałka, drugiej z poszukiwanych przeze mnie osób. Wojciech Walek Czarnecki, cóż za zbieg okoliczności, zajmuje się sprawą kradzieży w kościele. Kiedy usłyszał moje nazwisko natychmiast zabrał mnie do swojego stryja, który, jak się okazało, rezyduje w Warszawie a nie w Krakowie. Powiedział mi, że ojciec wyjechał do Drwalewa, do niejakiego Jakuba Jasińskiego. Dowiedziałam się także czego ojciec chciał od Potockiego. Otóż ten drugi był w posiadaniu mumii, pochodzącej z jednej z ich wspólnych wypraw do Sudanu. Ojciec chciał ją odzyskać. Ciekawe, jak to się wyraził profesor Wałek, że „Potocki miał równie specyficzne zainteresowania co mój ojciec, związane z kolekcją z której pochodzi mumia”. Nie chcę wiedzieć... 18 listopad 1918 Piszę na kolanie i w pośpiechu, ze względu na ogrom dzisiejszych wydarzeń. Po pierwsze – Wojciech Wałek był z nami w kościele, obejrzeliśmy dokładnie kryptę. Moim zdaniem nie by to zwykły akt wandalizmu, jak twierdzi większość. Gdyby miała to być zwykła prowokacja, kości porozrzucano by w widocznym miejscu w mieście, a one zniknęły razem z całą trumną. O zaginionej włóczni niewiele mogę powiedzieć. Pochodzi ona z ołtarza przedstawiającego sąd ostateczny, który wcześniej znajdował się w jakimś małym kościółku na Woli (to dzielnica Warszawy). Z tyłu ołtarza widnieją inicjały: T.K. i data 1775. Udało mi się opracować z grubsza chronologię wydarzeń: - 1831, powstanie listopadowe, nieopodal miejsca gdzie dziś stoi kościół św. Boromeusza, pochowano majora Laskowskiego, - podczas budowy kościoła jego zwłoki przeniesione zostają do krypty, - nad kryptą w nawie bocznej montowany jest ołtarz, pochodzący z innego, chyba spalonego, warszawskiego kościółka; ołtarz pochodzi z 1775 roku, - 15 listopada 1918, nocą, zwłoki i włócznia zostają wykradzione. Zaraz... Przecież 15 listopada do Warszawy przybyła misja dyplomatyczna! Czy to możliwe, żeby złodziej był wśród nas?! Oficer Jean wiąże sprawę kradzieży z misją dyplomatyczną oraz z von Shilkem i Bohmem. Po rozmowie z profesorem Wałkiem okazało się, że Bohm wpadł na uniwersytet niespodziewanie parę tygodni temu (pod koniec października), biorąc z niego książki dotyczące pisma longobardzkiego, czy jakoś... Potem zniknął. A jednak nie do końca. Dzięki pani Colette udało nam się uzyskać informację, że von Shilke i Bohm nadal są w Warszawie. Byli zakwaterowani w naszym hotelu, już nie są, ale hotel wciąż dostarcza im obiady gdzieś na Bródno (to kolejna dziwna dzielnica Warszawy). Udało nam się wyśledzić służącego, który wiózł im posiłek, ale odbiorców obiady straciliśmy z oczu. Cóż... może jutro się uda... c.d.n. | Profil
|




