Ktoś szedł w jej kierunku... Jakaś postać w ciemnym płaszczu... Niewidziana jej wyraźnie. Była za daleko żeby mogła rozpoznać kim jest ta osoba, ale jej sylwetka wskazywała, że jest to kobieta.
Przez całą drogę aż do tego miejsca nie minęła ją żadna osoba. Musiało być zatem bardzo późno w nocy. Co oznacza również, że następna okazja żeby spotkać kogoś tutaj może się dziś już nie trafić...
„Nie mam zamiaru się wykrwawić”- pomyślała.
Ta myśl dodała jej sił. Odepchnęła się od ściany, która do tej pory służyła jej za podpora i ruszyła w stronę nadchodzącej kobiety.
- Proszę p…-nie zdążyła dokończyć zdania gdyż potknęła się i upadła na bruk.
Nadchodząca kobieta nie zauważyła obecności jeszcze jednej osoby na ulicy i spokojnie weszła do budynku po swojej prawej stronie.
Tego było już za wiele! Najpierw-nie wiadomo dlaczego- budzi się w ciemnej ulicy do tego z rozwaloną głową!
Łzy pociekły jej po policzkach. Po chwili się opanowała. Zacisnęła zęby i wstała.
Powoli krok po kroku szła w stronę budynku do którego weszła tamta kobieta. Kiedy już dotarła do odpowiednich drzwi mało nie upadła z wycieńczenia. Złapała za klamkę i z trudem otworzyła drzwi...
Dźwięki dzwonu przetoczyły się przez ulice Lublina Pod. Czyste, mosiężne echo drżało co raz głośniej w ciężkim, chłodnym i mglistym powietrzu miasta, odbijając się i brzmiąc w zawiłych uliczkach Starówki. Narastał. Ten i ów przystawał, ciekawie wypatrując źródła dobiegającego od strony leżącego jeszcze w ruinie Deptaka Pod, wzrokiem próbując przebić ciemność wyłaniającą się zza Bramy Krakowskiej. Błyskało tam światło, raz po raz, w kołyszącym rytmie to kryło się za jakąś niewidoczną przeszkodą, to znów wyłaniało się sugerując, że w tajemniczym pochodzie, któremu towarzyszy dźwięk dzwonu, ktoś niesie żywą i odsłoniętą pochodnię. Niektórzy ciekawscy ruszyli w stronę Bramy lecz wnet stanęli jak wryci, kiedy wraz z pełznącą po bruku gęstą, dziwaczną szarą mgłą, spod łuków budowli wyłoniła się dziwna procesja...
Trzech postawnych mężczyzn, z twarzami zakrytymi mnisimi kapturami, szło gęsiego w stronę Czarnego Rynku. Ich skromne choć szyte z najlepszych materiałów, czarno - czerwone szaty szorowały po ziemi. Każdy z nich przewiązany był w pasie zwykłym konopnym sznurkiem, na nogach mieli sandały a cera, gdzieniegdzie błyskająca spoza opatulonego habitem ciała, zdawała się śniada w tym świetle, choć nie tak ciemna jak skóra Dhanray Bashkar. Pierwszy z nich w wielkiej śniadej dłoni dzierżył dzwon wielkości głowy dorosłego człowieka. Rzeźbiony w dziwne wzory to on brzmiał tak czysto w powietrzu Lublina Pod, kołysząc się lekko w rytm wystukiwanej przez siebie melodii.
Drugi z pielgrzymów, utykający lekko na lewą nogę i zgarbiony jakby pod wielkim brzemieniem, trzymał w dłoni jasno płonącą pochodnię. Jego chód, choć kaleki, dostojnym był i groźnym. W drugiej dłoni pielgrzym trzymał długi, zastępujący mu laskę, kij zakończony pięknymi, w kształcie motywów roślinnych, rzeźbieniami.
Trzeci z mnichów niósł ze sobą kagan z delikatnego metalu, kołyszący się przy każdym jego kroku i rozsiewający dookoła mgłę pachnącą ciężkim żywicznym kadzidłem. Nie zważając na rozstępujący się przed nimi tłum, trzech mnichów powolnym, dostojnym krokiem doszło w pobliże wejścia do Kabaretu Absynt. Tam zatrzymali się i wstąpili na dawniej ustawione z beczek i drewnianych desek podwyższenie, mające służyć za mównicę dla herolda nieżyjącego Króla Słońce. Wtem idący w środku pielgrzym odrzucił kaptur i wyprostował się nagle - wzrost jego był imponujący a habit opiął się lekko na dobrze zbudowanej klatce piersiowej i ramionach. Głowa mnicha ogolona była na łyso, na pewno bowiem nie był on na tyle stary, by całkiem stracić włosy - wręcz przeciwnie - był raczej młody, lecz wieku dodawało mu bijące z oczu i z sylwetki doświadczenie i wzbudzającą szacunek siłę. Cera jego była śniada, choć raczej nazwać ją powinniśmy ogorzałą a piwne, lśniące oczy czujnie zerkały z góry na zbierających się u podnóża podwyższenia ludzi. Postawę miał dumną, imponującą i kiedy tak stał pomiędzy swymi wciąż zakapturzonymi towarzyszami, zdawało się, że to sam król powrócił na ulice Lublina Pod. Szum wśród ludzi wzbierał, każdy pytał obcych i znajomych kim są ci dziwni przybysze, nikt jednak nie widział ich wcześniej w Mieście Cieni, co wzbudzało jeszcze większą ciekawość gawiedzi. Kim są? Jak się tu dostali? Po co przybyli? Pytania kołatały się w głowach każdego zgromadzonego...
Wtem mnich uniósł do góry pochodnię. Dzwon zamilkł nagle tak jak i umilkli nieoczekiwanie zgromadzeni przy mównicy ludzie. Pielgrzym nabrał do płuc powietrza, po czym głosem dostojnym i dźwięcznym, wzrokiem świdrując najbliżej zgromadzonych słuchaczy, zapytał głośno:
- Kto rządzi w tym mieście? Chciałbym z nim się widzieć!
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez StaryLublin 2008-12-21 19:30:36
Tymczasem nieco wcześniej w warsztacie Alberta Drzewnego, Pod-Lubelskiego cieśli...
- Thairessa prosiła, bym przekazał. Baron Cmentarny ma władzę nad zmarłymi, jest tak jakby bajarzem umarłych, ale ich historie nie opuszczają jego umysłu. Dandys zobaczył pochód trupów, kiedy garnęli się do niego i mówili mu o sobie, dlatego właśnie... Jest w takim stanie. - zabrzmiał stłumiony głos Nubuka. Mówił z roztargnieniem, jakby dopiero co przypomniał sobie o czymś bardzo ważnym.
Potem zapadła cisza. Następna słowa, słyszane przez drzwi, zostały wypowiedziane przez Charonitkę: - Zbieżne cele mówisz... A co Ty będziesz z tego miał, Nubuku Pod-Nad-Krążco? I dlaczego popierasz obalenie Tri...
Kawka przerwała. Zapadło wręcz ciężkie milczenie... - A więc to tak. Wyrazy szacunku, Nubuk. Szybko się uczysz.
Odpowiedział jej gwałtowny, gorzki, śmiech. - Jestem Nubuk, lubelski Pod-Nad-Krążca, Handlarz Opowieściami i Innym Towarem Jakimkolwiek, od niedawna zwany też Czystym.
Z środka było słychać niewyraźne szepty. Drzwi warsztatu Alberta nie zostały zaprojektowane tak, aby uniemożliwić podsłuchiwanie, ale bieg czasu wykrzywił je i wypaczył. - Czy zdajesz sobie sprawę, jak to jest usłyszeć swoje imię po raz pierwszy i to z ust Gargoyli? Usłyszałem, kim jestem...
Znowu cisza. Dlaczego była ona tak złowieszcza? - Czego szuka? - kobiecy głos, skrzypienie jakiegoś mebla. - O, ja myślę, że niejednej rzeczy... I niejednej osoby.
Kobieta mówiła dalej, drzwi jednak skutecznie tłumiły część rozmowy, nie wszystko dało się przez nie usłyszeć. - Ludzie spluwają na ziemię, kiedy myślą, że nie widzę. Kiedy przechodzę po ulicach Miasta Cieni, słyszę za sobą szepty o Krwawej Wendetcie, o potworze, którym straszy się małe dzieci. - w głosie słychać było najpierw gorycz, a po chwili drapieżne zadowolenie - Te większe zresztą też...
Kroki, jakby ktoś z rozmówców przechadzał się z wolna po warsztacie. - Thairesso, proszę, zostaw nas na chwilę samych... Może zobaczysz, jak się ma Dandys? - to był głos Nubuka... ale nie było słychać żadnych kroków i drzwi nie otworzyły się. Szmery, stłumione głosy, z których nic nie wynikało zostały przerwane głośnym stwierdzeniem Krążcy, w którym słychać było satysfakcję i radość. - Szukam, ale to bardziej pasja, niż potrzeba. Wiem już wszystko, co muszę. Reszta - to Opowieści.
W warsztacie padło wiele słów, wypowiedzianych szybko i cicho. Męski głos powoli się podnosił, aż w końcu rzucił gniewnie: - Nie chcę kolejnej bezsensownej śmierci. Nawet Trinovantesa. Nawet Gargoyli ocaliłem życie!
Szmer rozmowy przerwany po chwili został przez głośniej wypowiedziane przez Kawkę: - Jednak wojna to wojna. To podstępy, zdrada i trupy. Wiele, wiele trupów... Wtedy pozwolą mu odejść.
Kroki, metaliczny brzęk, kiedy jakiś drobny przedmiot upadł na drewnianą powierzchnię. Jak upadek... monety?
Potem znów odgłosy rozmowy poczęły się rwać.
Nagle po drugiej stronie drzwi, chroniącej prywatność Nubuka i Kawki, powiało przejmującym chłodem, choć nie słychać było odgłosu otwieranego okna, nie czuć było żadnego podmuchu wiatru. Wrażenie było ulotne, choć niezwykle intensywne, przywodzące na myśl dotknięcie zimnego, mokrego jedwabiu.
Głosy w warsztacie przybrały na sile. Rozmówcy byli wyraźnie wzburzeni. - Kawko, pytam ostatni raz. Tym razem nie kłam. Oczy miałaś jak dwie pięciozłotówki. Ufamy sobie?
- Nie, Nubuku – w kobiecym głosie słychać było ton satysfakcji. - Nie wierzę w twoje gierki. Nikt za tobą nie stoi. Jesteś sam i słaby, a tacy nie mają nic do powiedzenia.
- Jak to miło usłyszeć, że prowadzę gierki. To znaczy, że jestem graczem. - Chwila ciszy, jakby Nubuk próbował odnaleźć wyjście z sytuacji. - Nie chcę cię do niczego zmuszać. Ale skoro mi nie ufasz, powiedz mi jedno, co chcesz zrobić z wiedzą, którą zyskałaś? Komu sprzedasz informację? Carowi, szukającemu absolutnej władzy na ulicach? Ojcu, który dostał się pod jego władzę? Zaplątanej w ich intrygi Madame? Królowi-Z-Wieży, który może się okazać naszym ocaleniem lub zagładą? Udającej brak zainteresowania sprawami Pod Sumati? Mojemu najdroższemu bratu? - zdanie po zdaniu, głos mężczyzny stawał się coraz bardziej zgorzkniały i gniewny. - Czy może zwyczajnie temu, kto da więcej?
- Twoje małe tajemnice są u mnie bezpieczne, chłopcze. - Kawka z pogardą zaakcentowała ostatnie słowo. - Jestem Charonitką, zapomniałeś? A Charonici są ponad waszymi mizernymi gierkami o władzę. Zresztą... Tak marny robaczek jak ty chce zdziałać coś więcej, niż tylko służyć wielkim? Przecież to tak śmieszne, że nie warte nawet splunięcia. I tak nikt by mi nie uwierzył.
Drzwi otworzyły się dużo szybciej niż ostatnim razem. Nubuk cofnął się o dwa kroki, cały czas patrząc na Niemca. - Dlaczego czekasz pod drzwiami? Zapraszamy do środka! - potwierdził swoje słowa szerokim gestem i cofnął się o jeszcze jeden krok...
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Kawka 2008-12-21 21:16:53
Franz:
Franz cofnął się o pół kroku od drzwi. - Danke schön für die Einladung. - stwierdził z przekąsem, po czym odpalając papierosa wszedł do pomieszczenia. Zapach trocin zmieszał się ze smrodem tytoniu. Mężczyzna rozejrzał się po warsztacie. Czysto kontrolnie, w końcu już tu był i wiedział jak wygląda to nietypowe miejsce. Kontrola wykazała poza Nubukiem li tylko obecność Kawki. O dziwo, nie rzucił się na nią z wściekłością, a jedynie spojrzał na nią i stwierdził do obojga: - Czekałem na zaproszenie. Wir alles wissen, że Frau Kawka potrafi zapraszać.
Splunął na podłogę i skrzyżowawszy ręce na klatce piersiowej czekał na rozwój wydarzeń.
Nie wydawał się być wystraszony czy zaskoczony tą sytuacją. Nie wyglądał też na nie radzącego sobie z ogarniającym go światem Pod, jak to było zaraz po przeprowadzeniu.
Zdawał się być raczej przekonany o swojej kontroli nad wszystkim.
K:
Stojąca pod samymi drzwiami, plecami do ściany, kobieta nie odrywając oczu od wchodzącego wyciągnęła wolną rękę, zatrzaskując cicho drzwi. W drugiej trzymała drewniany stołek. Przed Franzem, pomiędzy nim a drewnianym, solidnym stołem stał Nubuk, uśmiechający się lekko.
Wzrok Franza przesuwający się po pomieszczeniu zatrzymał się na trzymanym przez Najemniczkę sprzęcie. Kiedy skrzyżowali spojrzenia, ta uniosła lekko lewy kącik ust w zdawkowym uśmieszku. Obróciła stołek w ręce i ze stukiem postawiła go na podłodze. - Może pan spocznie, Schmeling?
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Kawka 2008-12-22 00:53:32
Emocje ludzi wyczuł jeszcze nim zobaczył sam tłum. Ponad sporą grupą zgromadzonych wyrastała niczym posąg, postać mężczyzny odzianego w habit.
Trinovantes z niesmakiem rozglądał się po straganach, podniszczonych kamienicach oraz brudzie spoczywającym na ulicach i w zaułkach.
Za długo mnie tu nie było.
Kolejne warstwy ludzi wchodzące w skład tłumu odkręcały się do tyłu, gdy tylko do och uszu dobiegł rytmiczny stukot laski uderzającej o bruk. Odgłos, który już na stałe poczynał się co po niektórym kojarzyć z tą postacią.
Na widok nadchodzącego Trinovantesa tłum rozstąpił się tworząc korytarz prowadzący do stojącego na podwyższeniu mężczyzny w habicie. Król przeszedł przez tłum, który zaraz za nim się zasklepił niczym wody Morza Czerwonego po przejściu ludu Izraela. Stanął przed mężczyzną opierając się obiema rękoma o laskę. Spoglądał w jego twarz poprzez ciemne szkła okularów spoczywających na twarzy.
Witajcie przybysze. Jestem Trinovantes. To mnie szukacie.
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Trinovantes 2008-12-22 08:59:53
Pewne jest, że wprost proporcjonalnie do rozwoju osady potrzebne były nowe rozwiązania techniczne, które utrzymywały osadę czy później już miasto, na tym właśnie poziomie. To forma standardu czy jak kto woli, niezbędnego luksusu.
Franz:
- Nein, danke. - padło krótkie stwierdzenie, za którym podążył tylko
popiół z papierosa Schmelinga, spadając na trociny.
Nubuk: A więc to prawda... Kawka stała się Charonitką. Jak długo pozostanie jeszcze taka, jaką ją teraz znamy?
Ta myśl przemknęła przez umysł Nubuka z prędkością błyskawicy. Jego spojrzenie zatrzymało się na chwile na bladej kobiecie. Na jego twarzy odmalował się podziw.
- Setz bitte dich, herr Schmellin.g – powiedział uprzejmie, nie odklejając od twarzy lekkiego uśmiechu. – Mam nadzieję, że nie obraża pana moja znajomość niemieckiego. Widzi pan, od dawna nie potrzebowałem innego języka niż mój własny.
Podszedł powoli do gościa. Przy zwalistej posturze boksera chudy Krążca wyglądał jak karykatura człowieka.
- Rozumiem, że miał pan okazję poznać Kawkę. Przykro mi, że odbyło się to w takich warunkach, ale, jak wszyscy wiemy, życie nie zawsze układa się tak jak byśmy chcieli. Pan i tak miał więcej szczęścia, niż my...
Westchnął. Musiał zadzierać głowę do góry, żeby móc spojrzeć w oczy rozmówcy.
- Mógł pan zapukać, czasy są takie, że nie można porozmawiać z przyjaciółką jak człowiek z człowiekiem, trzeba się kryć w cudzych mieszkaniach, jednak nie mielibyśmy nic przeciwko pana uczestnictwu w rozmowie. Wyciągnął do Niemca lewą rękę. Czy był kolejny dziwny zwyczaj w tym nowym miejscu, czy też ten cherlawiec chciał go obrazić?
- Wybaczy pan, ale samo przeprowadzenie jest na tyle traumatycznym przeżyciem, że nie chcę pana narażać na kolejne... – Czysty przerwał, spojrzał w kąt pomieszczenia, jakby miał w nim znaleźć odpowiednie słowo. - ...nieprzyjemności. Dlatego proszę wybaczyć mi, że przywitam się lewą ręką. Nazywam się Nubuk, albo też Czysty, jestem Pod-Nad-Krążcą oraz Handlarzem Opowieści i Innym Towarem Jakimkolwiek. Jeśli tylko zechce pan spocząć, wytłumaczę, skąd wzięły się te imiona i przydomki. Powiem też kilka słów o pani Kawce, za jej przyzwoleniem, oczywiście.
Prawa ręka zwisała luźno wzdłuż boku Bajarza. Wydawało się, że tam, gdzie powinna być dłoń jest pustka – lampa, stojąca za plecami Handlarza Opowieści, nie dawała dość światła, żeby było ją dobrze widać, z rękawa płaszcza wystawał tylko biały koniec mankietu koszuli. Dopiero po chwili dało się zauważyć niewyraźny cień, zlewający się kolorem z prochowcem...
F:
- Sądzę, po poradzimy sobie po polsku - powiedział wyraźnie Niemiec - A co do pukania... - widać było, że Franz w myślach wyrzuca niemieckie słowa, które odruchwo chce wypowiedzieć, aby prędko zastąpić je polskimi odpowiednikami - Przyszedłem dopiero przed chwilą, nie zamierzałem Wam stören.
Mężczyzna spojrzał raz jeszcze na wyciągniętą lewą rękę Nubuka i
uścisnął ją swoją prawą dłonią.
- Witam Pana, Herr Nubuk. Nieco już o Panu słyszałem. Aber proszę bardzo, z chęcią posłucham czegoś więcej.
Kawka:
Parsknęła cicho pod nosem, wykrzywiając usta.
- Taak, Nubuk, pogadajcie sobie... - odepchnęła się od ściany, minęła stołeczek i zwalistą sylwetkę Niemca. - I to jest właśnie to, o czym mówię. - na stole, w trocinach leżały ciemne okulary. - Chłopcze. Przez chwilę patrzyła w twarz Nubuka, jakby nieco dłużej, niż wymagała by tego sytuacja.
- Długo tak szpiclujesz pod drzwiami, Franz? - martwe spojrzenie skierowała na Niemca, przecierając rąbkiem białego tiulu szkiełka okularów.
Thairessa:
Thairessa stała tam, gdzie ostatnio została - przy kupie największej ilości trocin. Nie miała zamiaru na razie się ruszać, nie tylko żeby nie dekoncentrować Nubuka, ale i... Miała pomysł, jak w razie czego (choć miała nadzieję, że do tego nie dojdzie) trochę pomóc Czystemu i Charonitce.
F:
Zapytany zaciągnął się papierosem i odpowiedział spokojnie:
- Ich habe gesprochen. Stoję od raptem chwili. Pewnie nawet krócej niż trwała nasza ostatnia rozmowa - Franz spojrzał na nią nienawistnie.
Po tych słowach na krótką chwilę zapadła cisza, gdy Franz i Kawka mierzyli się spojrzeniami. W końcu ten pierwszy zrezygnował i zapytał:
- Czegoś konkretnego ode mnie chcecie czy będziemy się tak uprzejmościami przerzucać? - zaciągnął się marblorasem.
N:
Prawa ręka Krążcy powędrowała do kieszeni. Po chwili na czarnej dłoni leżała moneta, polska marka. Dziwny, błyszczący punkt na czarnej, martwej dłoni...
- Dziecko... - powiedział, patrząc na Kawkę. Podrzucił monetę i złapał. Przez chwilę wędrowała po całej dłoni. Potem wystrzelił ją kciukiem, prosto w ręce Charonitki. - Na pamiątkę. Bo widzisz... Ta jest dla Ciebie. Kilka fragmentów układanki odnalazło się, mi potrzebna jest inna... A tobie przyda się na pamiątkę. Na szczęście. Jako znak przyjaźni i wdzięczności. Nubuk nie żywi urazy. Tak to już bywa z... Bajarzami. Taki mój fach, jakże różny od twojego.
Uśmiech, szczery, prawdziwy, pojawił się na jego twarzy, kiedy patrzył w oczy Najemniczki. Kiedy jego wzrok prześliznął się na Franza, zastąpiła go Bajarza pracującego na kawałek chleba.
- Bez zbędnych uprzejmości, owszem... Franz, będę musiał ci opowiedzieć o tym mieście, żebyś nie wmieszał się w coś, co może skończyć się dla ciebie tragicznie. Żebyś wiedział, co się dzieje i dlaczego ta oto Kawka pluje na mnie jadem, a ja... - rozłożył ręce w teatralnym geście bezbronności. - Ja z tym nic nie robię. Ale żadnych pochopnych kroków i wniosków, proszę.
- Po pierwsze, zaakceptuj to co się stało. Nie ma odwrotu, los padł na ciebie, a to znaczy, że pasowałeś do nas. Do naszego małego Pod.
F:
Franz uśmiechnął się przebiegle.
- To ja może sobie jednak usiądę. Bo tu się szykuje długa Geschichte.
Rzekłszy to podszedł do szafy i wyjął zza niej porządne, drewniane krzesło. Postawił je na podłodze, siadł na nim i odpalając kolejnego papierosa położył nogi na stole.
- Sag! Mów!
K:
Złapała zręcznie pieniążek. Przez chwilę przyglądała mu się, potem skierowała wzrok na Krążcę.
- Nie skończyliśmy tej rozmowy, Nubuk. - chuchnęła na monetę, patrząc przeciągle w oczy Bajarza, nim ukryła markę w zaciśniętej dłoni. Ręka powędrowała do kieszeni.
- To ja może nie będę wam przeszkadzać, panowie. - cyniczny uśmieszek wykrzywił jej wargi. Ukryła spojrzenie za ciemnymi szkłami.
F:
Franz znowu się zaciągnął. Czyżby sytuacja go jednak lekko stresowała?
- Aber nie przeszkadzasz. Może to ja przeszkadzam? - zapytał z nieumiejętnie skrytą ironią - Mam co robić, możemy się zająć każdy swoimi sprawami.
N:
- Oczywiście, Kawko. Spotkamy się jeszcze nie raz. Zawsze miło mi będzie się z tobą widzieć. - znowu ten uśmiech. Co takiego Bajarz mógł zobaczyć w pogardzanej Krwawej Wendecie, tej, którą straszy się dzieci w Pod? - Ale jeszcze nie czas, byśmy się rozstali. Może wszyscy razem opuścimy warsztat? Bardzo chętnie posłucham, jak ubarwiasz moje opowieści.
Wstał ze swojego stołka i podszedł do drzwi, jakby w zamyśleniu położył na nich prawą dłoń. Szybko wrócił do stołu, na którym leżały rękawiczka i kapelusz.
- Jak już mówiłem, los padł na ciebie. Kawka była tylko narzędziem, przewodnikiem. Gdyby nie ona, wprowadziłby cię inny charonita, Wehikuł Czasu albo Konstantyn Strzegący Ogrodu. Nie obwiniaj ludzi, raczej Miasto Cieni, które wskazało cię palcem...
Ukrył martwą dłoń, założył kapelusz.
- Jesteś jednym z wielu, którzy trafili tutaj ostatnio. Całkiem niedawno Kostucha zebrała spore żniwo i teraz nasz głodny dom uzupełnia braki... Wyjdziemy?
K:
Wzruszyła ramionami, słysząc propozycję "ubarwiania" - jak to określił Krążca - opowieści. Zatrzymała się jednak, zakładając kurtkę i sięgając po przybrudzone, białe koronkowe rękawiczki.
- Nikt nie musiał go przeprowadzać, Nubuk. - mówiła do Krążcy, spoglądając w twarz Niemca. - Nie wszyscy trafiają tu za sprawą Charonitów.
"Taak, tylko, jeśli nie mój, ciekawe, czyj byłby?" - uśmiechnęła się do siebie w myslach. - "I czy jednak samo Miasto..."
Naciągnęła rękawiczkę na dłoń, nie przerywając taksowania Franza wzrokiem.
- Zapomniałeś jeszcze o Porcelanowym Sercu. - głos drgnął jej ledwo dostrzegalnie. Zwróciła twarz w stronę Bajarza, potem znów spojrzała na boksera zza ciemnych szkieł. - Tak czy owak, jesteś tu i przyzwyczaj się do tego. Miasto Cieni to twój nowy dom.
N:
Zamarł. Spojrzał na Kawkę ze zdziwieniem. Żył tak długo, że trudno było go zaskoczyć. Jednak... Umarli wracający do życia?!
- Przecież Porcelanowe Serce nie żyje... - wyjąkał cicho.
F:
Franz - wciąż trzymając nogi na stole, a teraz dodatkowo bujając się na krześle - spojrzał beznamiętnie na Kawkę.
- Chyba powoli się przyzwyczajam do tego Scheisse, w które mnie wrzuciłaś.
Niedopałek papierosa pofrunął w trociny. Nikt z obecnych nie poświęcił nawet sekundy by zastanowić się czy nie podpali to całej kamienicy.
- No to co? Siedzimy tu i tak pieprzymy trzy po trzy, czy przejdziemy do rzeczy? To znaczy, o ile do czegoś zamierzacie przejść.
K:
- Będziesz tu pasował. - uśmiech rozciągnął jej usta. Zza ciemnych szkieł nie widać było oczu, ale można było mieć wrażenie, że zmrużyła je z satysfakcją. - Przyzwyczaisz się szybciej, niż ci się wydaje.
Śledziła lot żarzącego się papierosa. Padł na strużyny, a Franz nie wyglądał jak ktoś, kogo interesuje, gdzie leżą jego niedopałki.
Głos Nubuka sprawił, że odwróciła się do niego na obcasie. Teraz ona patrzyła na zaszokowanego Krążcę.
- No, daj spoój, Nubuk... Oczy masz jak dwie pięciozłotówki. - ręka w koronkowej rękawiczce uchyliła okulary. Kawka była w wyśmienitym nastroju. - Czyżby Bajarz nie znał wszystkich Opowieści Miasta?
Szeroki, szczery uśmiech zagościł jej na twarzy.
T:
Przez chwilę patrzyła na Kawkę, zdziwiona. Potem się roześmiała z radością. W końcu jednak spoważniała natychmiastowo. Przez jej biedną głowę znów przebiegł tabun myśli, mieszając się z wizją. Usiadła gwałtownie, wzbijając nieco kurzu i trocin w powietrze. Ale sama już nie panowała nad sobą, pochłonięta przez wizję. Widziała pustkę. Głęboką pustkę barwy nieprzeniknionej czerni. Otaczała ją, wyciągając zachłanne ręce, jakby chciała i z niej odrzeć wszystko. Wszelkie uczucia, wszelkie pragnienia. One były, skryte za czernią głębi i płaszcza. Za maską, co też czarna teraz. A wszystko zamknięte w bladej sztywnej dłoni... Bladej jak same kości, jak szkielet ręki... Lub jak porcelana
- Weź się uspokój... To tylko wizje... - szeptała do siebie.
N:
Nie myśląc wiele, przydeptał niedopałek.
- Bajarz także może być w tylko jednym miejscu naraz, a to pomiędzy światami Pod i Nad jest dla niego zamknięte... Chyba nikt nie wiedział, że Charonici wracają do życia, nawet po takiej śmierci? Może opowiesz nam o tym? Chętnie złożę wizytę Porcelanowemu Sercu. Mam wiele rzeczy do opowiedzenia, liczę też na to, że on sam uraczy mnie niejedną opowieścią.
Nagle coś oderwało go od rozmowy. Gwałtownie odwrócił się do chmury trocin, wzbitej przez niewiadomą siłę. Z troską w głosie, cicho, a jednak wyraźnie, powiedział:
- Co widzisz, Dziecko?
T:
- Czerń... - mruknęła z niezadowoleniem, pocierając skroń. - Zimna, bezlitosna czerń w uścisku porcelany... Albo kości... Nie wiem, coś jak wieczny konflikt, co przybrał na sile, zabierając ostatnie uczucia... Teraz wizje są jeszcze gorsze niż były, bo nie tylko je widzę, ale i czuję.
Wstała powoli, trochę niezgrabnie.
- Wracaj do waszego gościa... Nie odkrywaj mojej karty za szybko... Chociaż, chyba już wszyscy wiedzą, że jestem z Tobą.
Uśmiechnęła się lekko. Już było jej lepiej.
N:
Dalej patrzył w kąt. Jego spojrzenie było zimne jak lód. Świdrowało miejsce, w którym wióry zaczęły tańczyć...
- Dobrze wiesz, że nie jesteś kartą, nie jesteś przedmiotem ani marionetką. Wiesz też, że obiecałem.
Wyciągnął dłoń w rękawiczce w pustkę i odwrócił twarz do Niemca.
- Panie Franz... Dużo rzeczy się zmieniło w Mieście Cieni. W zasadzie - wszystko. Nie chcę wdrażać cię we wszystkie szczegóły, bo to może być dla ciebie niebezpieczne, jednak pewne rzeczy musisz wiedzieć.
Spojrzał w oczy Schmelinga. Jasne spojrzenie, pełne współczucia...
- Nie wiem, co tam zostawiłeś, po drugiej stronie lustra. Tutaj nie ma to już żadnego znaczenia. Tutaj musisz umieć przetrwać. Widzisz, kiedyś przetrwanie ułatwiały struktury Gangów. Teraz nie możemy być pewni, czy przetrwają najbliższe trzy dni. Oficjalnie przestały istnieć, ale ludzi dalej są wierni swoim przywódcom. Honorowi legioniści Ojcu, szalona carska policja Cesarzowi oraz egzotyczni Dhanray Bashkar swojej guru, Sumati. Co się stanie, jeśli Gangi przestaną istnieć? Myślę, że ulice spłyną krwią. Jeśli przywódcy się sprzeciwią naszemu nowemu królowi, Trinovantesowi Panu-na-Wieży, stanie się dokładnie to samo. Ciężkie czasy nastały w Lublinie Pod...
K:
- Porcelanowe Serce żyje, Nubuku - poprawiła szkła na nosie, podsuwając okulary do góry wskazującym palcem. Znów twarz stała się jak oblicze postaci z kamienia. Ciemne szybki nie ułatwiały czytania emocji. Ta chwila jednak, gdy oczy Najemniczki rozjaśniły się w uśmiechu...Choć może była to po prostu satysfakcja z powodu udanego żartu? A może i w sercu Krwawej Wendetty kryła się choć iskierka cieplejszych uczuć?
Uśmiech jednak trwał tak krótko i zniknął tak nagle, jak się pojawił. Ktoś, kto dostrzegł na moment człowieka w Charonitce łatwo mógł dojść do wniosku, że jedynie uległ złudzeniu.
Zerknęła jeszcze na chwilę przelotnie na Krążce. "I po cóż on ujawnia obecność Thairessy? Taki atut..." - skrzywiła się lekko w myślach i zwróciła twarz w kierunku Franza. "Ciekawe, czy już wie, że nie jesteśmy tu tylko my troje..."
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Nubuk Czysty 2008-12-22 12:02:47
Lubelski Pod-Nad-Krążca, Handlarz Opowieściami i Innym Towarem Jakimkolwiek
Z Haremu wyszła jak zwykle do zaułka a potem na ulicę. Kiedy zobaczyła dziwne zgromadzenie przystanęła, a następnie dołączyła do gapiów. Poprzez gwar przebijał się jakiś głos, niestety, zdołała usłyszeć tylko końcówkę wypowiedzi:
-...Trinovantes. To mnie szukacie.
Gwałtownie wyciągnęła szyję i stanęła na palcach, żeby zobaczyć mówiącego - na próżno jednak. Zaczęła więc przepychać się przez tłum, póki nie zobaczyła trzech dziwnych mnichów stojących na podwyższeniu. Na przeciw nich stał mężczyzna, który uratował jej życie. Z zapartym tchem czekała na rozwój sytuacji, ciekawa, co zrobi Władca.
"Każda wystarczająco zaawansowana Technologia jest nieodróżnialna od Magii"...
..."Każda technologia odróżnialna od magii jest niewystarczająco zaawansowana"
Franz Schmeling:
- Więc jak? Zamierzacie mich coś ciekawego powiedzieć, oder będziemy tak tu tkwić bez celu? Ich habe viele Arbeit.
Wyglądało na to, że jeśli ktokolwiek rzuci hasło "Kończymy tę farsę" to Franz faktycznie wróci do jakiejś swojej pracy. Co było dość dziwne jak na kogoś, kto niedawno został pobity przez ochroniarza Kabaretu Absynt za brak wiedzy o otaczającej go rzeczywistości.
Nubuk:
Czysty zauważył zmianę u Kawki. Uśmiechnął się w duchu. "Jednak się nie pomyliłem..."
- Cierpliwości, panie Franz, cierpliwości... - Nubuk pokręcił głową - Wiele jest do powiedzenia, ale nie można się zbytnio spieszyć... Całkiem niedawno nasz świat niemal się rozpadł. Na skutek pewnych wydarzeń... Pod miastem pojawiła się maszyna, która powoli rozrastała się, aż w swoim niepohamowanym głodzie zaczęła pożerać sam Lublin Pod, w którym się znajdowała. Sędzia zwołał Wiec, na którym mieliśmy radzić nad ocaleniem Miasta Cieni, jednak... Ludzie skoczyli sobie do gardeł. Wiele masek pospadało, wiele osób zginęło. Cudem udało się zniszczyć maszynę, jednak Lublin Pod się zmienił. Okazało się, że nasz władca, Król Słońce, od dawna nie żyje, a Ojciec ukrył jego śmierć "dla dobra Lublina Pod". Nowym władcą został Trinovantes, ale jest to bardzo kontrowersyjna postać.
Krążca otworzył drzwi warsztatu i odwrócił się do Niemca i Charonitki.
- Wyjdziemy? Lubię opowiadać w drodze.
Kawka:
Poprawiła kołnierz białej, puchowej kurtki, rozejrzała się jeszcze przez chwilę po warsztacie, jakby sprawdzając, czy niczego nie zostawili, zerknęła na podłogę. Kopnęła jeszcze lekko niewielki wzgórek trocin, wzburzając zawirowania kurzu i jasnych, sosnowych strużyn. Opadły miękko, jak płatki sztucznego śniegu.
Ruszyła do drzwi. W połowie drogi zatrzymała się, wyciągając spomiędzy warstw białego tiulu dłuto. Rzuciła nim w stronę stołu. Poszybowało niewysokim łukiem, po czym ze stłumionym brzęknięciem upadło w stosik wiórów na stole.
- Ruszamy? - uśmiechnęła się zdawkowo. Nie czekając na odpowiedź, przekroczyła próg warsztatu.
Kiedy zrobiła już kilka kroków, odwróciła się na pięcie, stając twarzą w twarz z Niemcem.
- Czyj już jesteś? - rzuciła cicho.
F:
Franz odpalając papierosa spojrzał w lewo, spojrzał w prawo po czym skierował wzrok wprost w twarz stojącej przed nim Kawki. Na tak postawione pytanie przyszła mu do głowy tylko jedna odpowiedź:
- Cały Twój! - zaśmiał się głośno i zaciągnął papierosem. - To gdzie właściwie idziemy, co? I czy usłyszę coś ciekawego w końcu? - ostatnie słowa Schmeling wypowiedział do Nubuka, starając się ominąć wzrokiem Charonitkę.
K:
Zdjęła okulary, spoglądając na niego nieustępliwie, tarasując drogę wyjścia.
- Chyba nie zrozumiałeś mojego pytania, Franz. - zapytała wolno. - Do kogo należysz? Nie jestem ślepa, widzę, że nie jesteś już biednym, zagubionym chłopcem szukającym akceptacji na ulicach Miasta. - ton był cyniczny, ale znać w nim było spore napięcie. - To nie jest miejsce, z którego tu trafiłeś. Tutaj od faktu, z kim się pokazujesz może zależeć twoje życie. Dlatego zapytam jeszcze raz: Czyj jesteś, Schmeling?
Thairessa:
- Nie tylko ja uważam, że niektóre rzeczy powinny nie wychodzić na światło dzienne - skomentowała, widząc pewien rodzaj niezadowolenia w oczach Kawki, gdy Nubuk ujawnił po części istnienie Thairessy.
Pokręciła głową i uczepiła się ramienia Czystego, jak zwykle. Cała sprawa nie podobała się jej, ale cóż miała do powiedzenia? Na własną rękę nie mogła i nie miała zamiaru nigdzie się wlec.
- Nubuk, chodźmy... Wiesz, że też nie lubię siedzieć w jednym miejscu... - poprosiła.
N:
Zamarł, widząc wymianę zdań między Najemniczką a Niemcem. Podał rękę Thairessie, powiedział do niej cicho:
- Obiecałem, że nie będziesz zapomniana.
Jednak brak zainteresowania był pozorny. Rozmawiając cicho z Thairessą wsłuchiwał się w wymianę zdań.
F:
Niemca zaczynała denerwować dociekliwość Kawki. Odrzucił ledwo rozpoczętego papierosa, ponownie nie trudząc się o jego wygaszenie.
- Hör! Nie należę do nikogo. Rozumiemy się? - ostatnie zdanie wręcz wycedził przez zęby - Ich habe gedenket, że może Ty mnie przygarniesz, skoro wpakowałaś mich in das... Scheisse.
Po chwili wpatrywania się z narastającą wściekłością na Kawkę, kontynuował:
- Also, idziemy gdzieś? Będziecie mi jeszcze erzählen jakieś idiotyzmy czy powiecie wprost was ode mnie chcecie?!
T:
Przewróciła oczami.
- A Ty dalej swoje...
Zaśmiała się wesoło. Tak naprawdę była mu za to wdzięczna. Jej dawne podejście w stylu "teraz masz moje wizje bez całego martwienia się o mnie" zmieniło się, odkąd zaczęli więcej rozmawiać. Ironicznie, że dopiero teraz.
- Nie wiem, jak Tobie, ale on mi się nie podoba... - wskazała na Franza.
N:
Uznał, że przyszedł odpowiedni moment, dlatego odsunął delikatnie Najemniczkę. Podszedł do Niemca, uważając jednak, by nie wprowadzić Thairessy na ścianę lub Kawkę, z bliska spojrzał mu w oczy.
- Pytasz, czego od ciebie chcemy? To ty nam powinieneś powiedzieć, skoro nas podsłuchiwałeś. Powiedziałem ci, że trafiłeś tutaj przez przypadek, nie z woli Kawki. Ona tylko wykonywała swoją pracę.
Delikatnie uwolnił prawą rękę z uścisku Wizjonerki. Oparł na niej głowę. Dalej świdrował wzrokiem Franza. To było dziwne spojrzenie, połączenie troski z gniewem...
- Ja nie chcę od ciebie niczego. Mógłbym cię zostawić i patrzeć jak sam próbujesz poukładać swoje życie tutaj, w obcym świecie. Dla mnie to żadna różnica. Jednak trafiłem na ciebie, więc chcę ci pomóc, żebyś nie był kolejną marionetką, jakich wiele. Kimś, kto dzisiaj jest nikim, jutro sprzeda siebie, żeby mieć cokolwiek, zacznie przeć na szczyt, a potem roztrzaska się o bruk. Dlatego opowiadam ci nudne rzeczy, żebyś wyciągnął z nich jakąś mądrość. Wiedzy nigdy za wiele. Dlatego pytamy - kto cię tu przysłał? Dlaczego jesteś tutaj?
F:
- Scheisse, scheisse, scheisse - wymamrotał pod nosem Franz - SCHEISSE! O co wam chodzi, co? Ty - wskazał na Nubuka - jak chcesz mi hilfen, to hört mi tu pieprzyć pierdoły auf! Do cholery, nikt mnie nie przysłał, ist das klar?! Was denkt ihr, co?! Że nagle wszyscy chcą przygarnąć kolejnego przybłędę z Nad? Scheisse, a niby takie wielkie osobowości a myślicie wie byle pierdoła ze Strasse...
K:
- Do nikogo, tak? - usta rozciągnął jej coraz szerszy uśmiech. Zmrużyła oczy patrząc na boksera, po czym na powrót założyła szkła. - Punkt dla ciebie, Franz.
Cofnęła się o krok, robiąc wolne miejsce, aby można było spokojnie ją wyminąć.
- Ja od ciebie nic nie chcę, słońce. No... może poza poczęstowaniem papierosem. - tym razem uśmiech nie był zabarwiony złośliwością. Charonitka wyglądała raczej jak kot, obserwujący wyjątkowo ciekawego kanarka.
"- Proszę, proszę..."- pomyślała ukontentowana. - "Czyli jednak nie pomyliłam się..."
F:
Splunął. Gdyby nie to, że jego ostatni papieros tlił się gdzieś wśród trocin, zapewne by się zaciągnął.
- Ich weiss es nicht, o co Ci chodzi z tymi deine punktami, do cholery...
Po czym wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował jednym Kawkę. Sam odpalił sobie ostatniego. Zakląwszy przypomniał sobie szybko o propozycji pomocy, jaką złożył mu Nubuk.
- To może zaczniesz mi pomagać od skoczenia do Nad po Zigaretten, co?
K:
Zaśmiała się głośno. Odwróciła się do Krążcy i poklepała go lekko po ramieniu.
- Ot, czarna niewdzięczność, Nubuk, brachu. - spoglądała mu w twarz z rozbawieniem. - Bez urazy, Bajarzu. Niektórzy zamiast wysłuchiwać opowieści, wolą sami je tworzyć.
Wyciągnęła papierosa z paczki, wyjęła z wielkiej dłoni zawodowego pięściarza srebrną zapalniczkę. Otworzyła ją z trzaskiem. Odpalając papierosa obserwowała zdenerwowanie Niemca i minę Nubuka.
Zaciągnęła się z wyraźną przyjemnością.
- Da sobie radę. - stwierdziła z satysfakcją, patrząc w twarz Franza. - A jeśli o mnie idzie, to uważam rozmowę za skończoną.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie. Zapach tytoniu rozniósł się po pomieszczeniu, dym zawirował pod sufitem.
N:
- Widzisz, Franz, mówią, że informacja jest kluczem do przetrwania. Próbuję ci przekazać, z której strony wieje wiatr, z kim należy się liczyć, co się dzieje i dlaczego. Inaczej możesz się wplątać w jakąś kabałę. Bo, widzisz, ja jestem byle pierdoła ze Strasse, a wiele osób ma ochotę posłuchać, co mam do powiedzenia. Kolejny przybłęda z Nad się przydaje, zwłaszcza, kiedy trzeba uzupełnić braki w kadrach. Interesuje mnie też, w jaki sposób dogadałeś się z Albertem, hę?
Nie zmienił pozycji, ale teraz był wyraźnie rozbawiony. Uśmiechał się, a w oczach miał wesołe iskierki.
- Po Zigaretten nie musisz skakać Nad, tutaj także mamy Rynek, ale handlować można nie tylko pieniędzmi. Po prawdzie, to są one chyba najmniej wartościową walutą. No bo po co one komu? - na potwierdzenie swoich słów wyciągnął z kieszeni garść monet. Hinduskie rupie, złotówki, polskie i niemieckie marki, korony czeskie, słowackie i szwedzkie, ruble i hrywny, euro... wyciągnął z nich siedmiokątną, srebrną dwudziestopensówkę. Mrugnął do Kawki, wsypał pieniądze do lewej kieszeni. Angielska moneta trafiła do prawej
- Zaufam decyzji Kawki. Skoro nie chcesz słuchać, sam dowiesz się co i jak. Jeśli trafisz na rynek z Trybunałem w Nad, to trafisz i do naszego Czarnego Rynku. Tam kupisz co tylko zechcesz i za co tylko zechcesz. Tylko uważaj, żeby nie sprzedać siebie...
F:
- Na razie to przekazujesz mi banały, które wie każdy Kind in der Nähe. Powiedz mi coś - Franz nachylił się do Nubuka - naprawdę ważnego.
Chwilę jeszcze patrzył w roześmiane oczy Nubuka po czym niespiesznym krokiem skierował się do wyjścia z warsztatu.
N:
- No cóż, skoro zdążyłeś już przyswoić wiedzę dzieci... - zaśmiał się wesoło. - Czy jesteś świadomy, że coś naprawdę ważnego może mieć swoją wartość? W końcu jestem Handlarzem Opowieści.
Zrównał się z Franzem. Prawą rękę trzymał wyciągniętą gdzieś w przestrzeń, za siebie, we wręcz nienaturalnej pozie...
- Jeśli chcesz usłyszeć coś naprawdę ważnego, musisz też wiedzieć czego to dotyczy... - Nubuk zawiesił głos i spojrzał kątem oka na Niemca
F:
- Zdecyduj się, albo zamierzasz hilf mir, albo chcesz po prostu dokonać ze mną handlu. Jeśli chcesz mi pomóc, to może wyjaśnisz mi, was ist das? - wskazał na widocznych już trzech mnichów stojących przed Kabaretem Absynt.
T:
- Nuuuubuuuuk... - zawyła, znudzona. - Chodźmy już... On cię chyba nie chce słuchać...
Wyraźnie się jej nudziło. Zwłaszcza, że znowu naburmuszyła się, tym razem na tę "wiedzę dzieci". Sama przecież była dzieckiem.
Wyjrzała w kierunku wskazanym przez Franza. Drgnęła.
- Nubuk... Przecież ja to widziałam... Procesja... Mówiłam ci...
Zadrżała, i to silnie. Jakby się wystraszyła.
N:
- Granica między jednym a drugim jest wąska, panie Schmeling. Zadaj pytanie, inne niż to, a ja ci powiem. Wiele jest informacji, które nie są bezpieczne dla tego, który je posiada. Takich nie oddam za darmo, bo nie chce tak po prostu posłać cię na śmierć. Muszę mieć pewność, że sam tego chcesz. - w jego głosie słychać było smutne tony.
- Pytaj, ja odpowiem. A co do nich - tą są ludzie, którzy sprowadzą chaos i cierpienie, ci, którzy sprowadzą strach. Nie wiem czyje, nie wiem dlaczego. - był śmiertelnie poważny.
F:
- Hmmm... Nubuku... - Franz wydawał się być w końcu zainteresowany słowami Pod-Nad Krążcy - Nie wiem jakie zadać Ci pytanie - przyznał - Ale wiedz, że kiedy już znajdę właściwe sformułowanie, to odnajdę Cię i zapytam. A Ty mi odpowiesz... - Niemiec zaśmiał się głośno. - A teraz chodźmy zobaczyć co tam się dzieje.
Kilkanaście kroków później Nubuk Pod-Nad Krążca i Franz Schmeling stali już w tłumie gapiów.
Sehnsucht versteckt
Sich wie ein Insekt
Im Schlafe merkst du nicht
Dass es dich sticht
- Bądź grzecznym chłopcem Piotrusiu! – Willie odwrócił się na pięcie i raźnym krokiem ruszył przed siebie. Spojrzał jeszcze na śpiące słodko trupy, zgasił latarnię i zniknął w ciemności. A z nim wszystko inne.
- Hop, hop! – zawołał, a właściwie miał taki zamiar, ale nie udało mu się wydobyć żadnego dźwięku. Tak jakby ktoś zerwał mu struny głosowe. W odpowiedzi usłyszał jedynie echo. Podniósł się z klęczek, a właściwie tak mu się wydawało, bo nie był w stanie się poruszyć. Jakby stanowcza grawitacja nabrała nagle siły i mocniej przyciskała do podłoża. Widział, jak z wysiłku drżały mu mięśnie twarzy, ale nie zmienił pozycji ani o milimetr. Był bezsilny.
- Jesteś zupełnie zdrowy – szept w jego uchu – to wynik stresu. Masz ciężkie dni. Kontrola skarbowa. Rezygnacja prezesa. Różnice zdań w zarządzie. Kiedy kryzys minie i sytuacja w firmie się ustabilizuje, wszystko wróci do normy. – dłoń przeczesująca włosy i ciepły pocałunek na karku. - Kiedy wdrożysz ten nowy projekt, wszyscy wreszcie zobaczą, ile jesteś wart.
- Jestem tylko marionetką. Nikt się ze mną nie liczy – bawił się sznurkiem przymocowanym do lewego nadgarstka. Inny sznurek napiął się i lewy łokieć uniósł się wraz z dłonią i ramieniem do góry.
To samo stało się z drugim. Pozycja była dość niewygodna, był rozpięty jak kaftan, który wiesza się na sznurze za rękawy, by wysechł. Ktoś ciągnął go do przodu za ramiona, nogi wlokły się za nim, jakby ten ktoś zupełnie o nich zapomniał. Szapoklak odprowadził go wzrokiem pełnym wyrzutu, że zostaje sam na moście.
- Dokąd go zabierzesz? – zapytał jegomość w czerwieni.
- Jeszcze nie wiem. Gdziekolwiek, gdzie ktoś się nim zajmie i nikt nie zrobi mu krzywdy. – odpowiedział jegomość w kapeluszu.
- I może jeszcze za darmo, co? – jegomość w czerwieni mocniej szarpnął.
- Nie moja wina, że Dandys... trochę się zagubił. – jegomość w kapeluszu skręcił w prawo.
- Bo nasza marionetka nauczyła się, jak innym przywiązywać sznurki. – jegomość w czerwieni pociągnął w lewo.
Od tej szarpaniny bolały go wygięte pod dziwnym kątem łokcie i ramiona. Kark zdrętwiał mu jak po dziesięciu godzinach pracy przy komputerze. Już od wielu miesięcy nie harował tak ostro jak przez te kilkanaście tygodni, ale wiedział, że od tego zależy cała jego kariera. Jeśli tylko fuzja przejdzie pomyślnie, stołek prezesa ma w kieszeni. Wklepywał rzędy cyfr, przygotowywał briefy, szykował symulację. Laptop grzał kolana, klawisze niemal parzyły przy każdym uderzeniu. Wu o es te a te en i ce ha jeden dwa em i e es i ą ce a ce ha pe er zet pe er o wu a dzo no w Pol sce po nad 100 20 tran sak cji fuz ji i przejęć o łącznej wartości blisko 17 mld złotych. To wzrost o 54% w stosunku do poprzednich 12 miesięcy pod względem liczby transakcji oraz o 77% pod względem ich wartości. Bardzo aktywnymi graczami na rynku fuzji i przejęć były w ostatnich miesiącach fundusze private equity. Takznacząca aktywnośćpokazuje żefundusze umiejętniedostosowują siędowarunków rynkowychizachowują aktywnośćtakżewczasach bardzowyso kichwycennapę dzanychprzezgiełdepapierówartościo wychwarszawiefuzjawygenerujeosiemilionówzyskuebitda.
Klawisze rozgrzały się i rozmiękły, palce zaczęły się do nich przylepiać. Laptop pod wpływem temperatury roztopił się i spływał po kolanach na podłogę. Z jeszcze do niedawna regularnej bryły wystawały tylko co bardziej odporne na temperaturę podzespoły. Całą pracę trzeba zaczynać od nowa. A dwaj mężczyźni nie ułatwiali zadania. Nie potrafili dojść do porozumienia i kłócili się nad jego głową. Każdy próbował przeciągnąć go na swoją stronę.
Rozpierała go duma. Najpierw rozpruł się surdut na plecach, potem skóra zaczęła pękać, w końcu lewa łopatka całkiem się oderwała. Towarzyszyło temu ciche skrzypnięcie, lekkie mrowienie i poczucie ulgi. Jegomość w czerwieni przez chwilę trzymał w powietrzu rękę machającą na pożegnanie, a potem odrzucił ją w ciemny kąt i spojrzał na jegomościa w kapeluszu spod zmarszczonych brwi. Kiedy prawa ręka zaczęła oddzielać się od tułowia, zawył z bólu. Niewyobrażalny ból rozlewał się po ciele, paraliżował. Jegomość w kapeluszu ze spokojem wymalowanym na twarzy owijał sznurek wokół dłoni. Ociekająca krwią głowa kości ramieniowej z mlaśnięciem wyskoczyła z torebki stawowej i głucho uderzyła o ziemię. Wrzask cierpienia zagłuszał wszystkie myśli, wlewał się do uszu, lepki jak miód. W dotyku jak pomarszczona suszona śliwka. O zapachu naftaliny i mysim posmaku zepsutego starego wina. Kiedy leżał obok, zbierało go na wymioty. Jedynymi jego przyjaciółmi, którzy zostali przy nim były alkohol i tabletki.
- Jesteś boski… – stłumiony jęk zagłuszał skrzypienie nienaoliwionego ciała obscenicznie rozłożonego w pościeli. W cieple i wilgoci bakterie gnilne przegryzały pot.
- Jesteś… – sapał wkładając w nią mnóstwo wysiłku. Próbując choć przez ułamek sekundy utrzymać pod powiekami jakikolwiek przyjemny obraz – wyjątkowa…
- Masz talent. Przy mnie – wściekle czerwone pazury znaczyły mu plecy, wpijały się do mięsa. – wie le sięęęę na u czy czy szzzz. Wej dzieeeeszzzzz na na naa saaaaam szzzzzzzzz… - drżała jak w ataku padaczki, jak galareta ze świńskich nóżek, jak dżdżownica wymyta z błota przez burzę, jak martwa żaba podpięta pod prąd. Zesztywniał i napiął się jak struna. Jego uda rozwarły się, lewa stopa powoli zaczęła odchylać się do środka, kolano lekko skrzypnęło i razem z udem skręciło się o kilka stopni w prawo.
Jegomość w czerwieni z uśmiechem zaczął skręcać sznurek pomiędzy palcami. Ten zwijał się i supłał. Ból, który towarzyszył torturom był nie do zniesienia. Palce prawej ręki bębniły miarowo o podłoże, dając wyraz znudzeniu. Noga obróciła się kilkanaście razy wokół stawu biodrowego, który niczym gwint w końcu puścił. Prawą nogę oderwało gwałtowne szarpnięcie za sznurek jegomościa w kapeluszu. Spojrzał na jegomościa w czerwieni i obaj buchnęli tubalnym śmiechem, który brzmiał jeszcze długo po tym, jak odeszli w przyjacielskim geście.
Człowiek z blizną przyglądał się wszystkiemu z cienia z niemym zadowoleniem. Carska dziwka zachichotała triumfalnie. Zimnooka istota plunęła mu w twarz. Katabas patrzył z pogardą znad założonych na piersi ramion. Bezduszny morderca strzelił mu prosto w serce. Kula przeszła na wylot, robiąc dwie wyrwy w pustej skorupie torsu. Wszystkie jego części poderwały się do góry. Tułów, ręce, nogi. Groteskowo podrygiwały na sznurkach w rytm znienawidzonej melodii, obijały się o siebie nawzajem. Od czasu do czasu, kiedy jego głowa podskakiwała bezwolnie na szyi, widział dziecinny uśmiech istoty o wielu twarzach, która snuła pajęczynę. W jednej chwili puściła sznurki i roztrzaskała popsutą marionetkę.
Poraziła go światłość. Osłonił oczy dłonią. Drugą schował razem z portfelem do kieszeni. Wzdrygnął się na myśl o czekającym go dniu. Od tego spotkania zależy cała jego przyszłość. Jeśli wszystko pójdzie po jego myśli i zostaną podpisane zarządzenia o fuzji, od jutra zacznie nowe życie. Chłopak w bramie wciąż śpiewał. „Pamiętam dobrze ideał swój. Marzeniami żyłem jak król” Szum wody zagłuszył odgłosy wymiotów. Stanął nagi przed lustrem, tabletka nadal nie przestała działać. Obejrzał czerwone pręgi na plecach, wzdrygnął się z obrzydzeniem. Pocieszał go tylko fakt, że w jego neseserze leżą dokumenty, które odmienią jego życie i przyszłość całego miasta. Wszedł pod gorący strumień wody, by zmyć z siebie cały brud i pozbyć się tego obrzydliwego zapachu. Spędził w łazience prawie trzy godziny. „Pamiętam dobrze ideał swój…” piosenka przyczepiła się do niego i nie chciała odejść. Nucił ją, wiercąc się w pościeli. Trawiła go gorączka. Piekielny żar. Odrzucił kołdrę z wielbłądziej wełny i zobaczył kończyny oddzielone od tułowia, powykręcane w dziwnych kierunkach. Z torsu ziała dziura. Kiedy przycisnął mocno brodę do mostka, usłyszał lekkie chrupnięcie. Zobaczył jednak swoje wnętrze. Był pusty w środku. Widział przez dziurę na wylot. Widział biały jedwab, którym wyłożona była trumna.
Na jego ciele pojawił się cień. Z trudem podniósł wzrok, jakby oczodoły wysypane były piaskiem. Stała nad nim Lulu. Dotknęła palcami jego zimnego woskowego policzka. Zaczęła wodzić nimi po szyi i ramieniu. Na jej twarzy pełgało światło rozpraszane przez kurz wirujący w powietrzu. Uśmiechała się tajemniczo i sięgnęła do jego wnętrza. Wyraźnie czegoś szukała, najpierw pod łopatką, potem drugą, palcami sprawdziła przestrzeń między żebrami, skierowała się niżej wzdłuż kręgosłupa, w okolice pachwin. Widocznie niezadowolona wyjęła rękę. Prychnęła i odwróciła się. Odchodząc zahaczyła odwłokiem o mary.
Całej scenie przyglądał się kocur siedzący na parapecie. Widząc, że jego gość się przebudził, a drugi mężczyzna wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia, odłożył fajkę i zręcznym susem wskoczył mu na brzuch. Spojrzały na niego czarne jak smoła oczy. Mały różowy języczek powędrował po ostrych jak brzytwy zębach.
Gdy Trinovantes niespodziewanie wystąpił z tłumu, przez gawiedź przebiegł nastrojony jakby do jednej melodii szum. Jedni przez drugich pokazywali sobie Króla palcami, niejeden zaś próbował wdrapać się na stojącą pod ścianę beczkę, bądź podparłszy się o plecy towarzysza ciekawie spoglądał tam, skąd doszedł spokojny lecz zdecydowany głos Pana-na-Wieży. Wkrótce dookoła Trinovantesa zrobiła się przestrzeń, a każdy kto stał z brzegu ciekawsko spozierał to na Króla, to na stojącego na podwyższeniu, tajemniczego mnicha.
Ten zmierzył Trinovantesa długim chłodnym, czujnym i całkowicie maskującym emocje spojrzeniem, po czym skłonił się lekko w wyrazie szacunku i dźwięcznym, nawykłym do wygłaszania mów, głosem, powiedział do niego:
- Witaj Królu Lublina Pod. Widzę, że plotki okazały się prawdą i wiele zmieniło się tu od kiedy po raz ostatni byliśmy w gościnie u czcigodnego Króla Słońce. Żałuję zatem, że nie dane nam było zastać go przy życiu, cieszę się jednak, że miasto znalazło godnego go następcę.
W kąciku ust kamiennej twarzy mnicha przez moment zawirował trudny do rozpoznania uśmiech, po czym twarz na powrót skamieniała.
- Mówią na mnie Bernard z Hathersage, a to bracia moi - Robert i Benedykt - tu towarzyszący Bernardowi, wciąż zakapturzeni mnisi, skłonili się lekko nie wiadomo komu, po części do Króla, po części do tłumu, a być może i do siebie samych - Przybyliśmy tu jako wysłannicy i przedstawiciele Trybunału, o którym, wierzę, słyszałeś, jako władca jednego z Miast Cieni, Trybunału, który od setek lat dba o bezpieczeństwo Krain Pod, na wypadek zagrożenia nadchodzącego spoza nich...
Tu przerwał, spojrzawszy czujnie po zebranym u stóp podwyższenia tłumie, a każdy kto poczuł na sobie świdrujący wzrok Bernarda z Hathersage, we wstydzie spuszczał wzrok ku ziemi.
- Przykro mi, że zmuszon jestem niepokoić ciebie i lód twój w tak ważkiej dla losów Miasta chwili. Kataklizm wszak którego doświadczyliście dość złamał ducha i wolę mieszkańców jednego z najpiękniejszych Miast Pod. Obawiam się jednak, że to nie koniec kłopotów, Trybunał ma bowiem podstawy sądzić, że Kraina ta znajduje się w znacznie większym niebezpieczeństwie...
Tu przerwał, a po zebranej gawiedzi przeszedł szmer zaniepokojenia...
Nikt z zebranych nie zauważył pokracznej istoty przyglądającej się przedstawieniu ze szczytu najwyższej na ryneczku, odrapanej kamienicy. Gargoyla skanowała wzrokiem wydarzenia, słuchała każdego słowa. Ciekawie przyglądała się nowemu Władcy, a w oczach jej błyszczały niebezpieczne refleksy, kiedy warknęła cicho, dostrzegając w tłumie znaną sylwetkę Nubuka Pod-Nad-Krążcy, przybywającego pod mównicę z nieznanym jej, postawnym mężczyzną. Opanowała się jednak, a jej oczy zwężyły się w szparki. A więc udało się... - przyznała w duchu. Jej zew usłyszeli ci, do których był skierowany... Teraz nic nie stanie jej na przeszkodzie, nie teraz, kiedy Trybunał zacznie wypełniać swoje odwieczne obowiązki... A że zacznie wypełniać je gorliwie, tego była pewna. Lodowate serce Gargoili rozgorzało na chwilę, gdy pomyślała o tym, czy mieszkańcy Lublina Pod zdołają przetrwać tę ciężko próbę przyjaźni, lojalności, szlachetności i honoru... Prychnęła do siebie - nie. Ich dusze są zbyt zepsute, by nie dać się złamać. Wkrótce miasto będzie na powrót moje...
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez StaryLublin 2009-01-02 17:16:11