Selket napisał:
A tak na poważnie: ja nie mówię, czy to dobrze czy źle. Po prostu takie luźnie spostrzeżenie. Albo ciekawość, jak to będzie?

Mnie tam, przyznam szczerze, wszystko jedno bo w LARPach i tak średnio lubię grać. Z mojej strony
Sen i
Gangi, były próbą wylania z siebie nagromadzonego przez samotny rok we Wroc i wcześniej przez bezczynny rok w Lbn, rozrywającego i bardzo trudnego w utrzymaniu w ryzach szalejącego potwora kreatywności. Udało się, na szczęście. A kiedy wydaje mi się, że znów czegoś mi brakuje biorę jakiegoś niedoczytanego RPGa, czytam, skanuje, po czym siadam i w dwa wieczory piszę kampanię. Mam tam zmumifikowanych kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt więc, jak to kiedyś Słowik rzekł, nawet żeby nie wiem co ja znajdę sobie coś co mnie rozładuje pod takim RPGowo - kreatywnym względem.
A teraz trochę otwarcia się, oby tylko nie za dużo, i coś w stylu obiecanej "recenzji" pogangowej. A raczej
antyrecenzji, jak zapewne się zorientujecie. To będzie tekst pod hasłem:
jak ciężko było zrobić tego LARPa.
* * *
Pomysł na Gangi same w sobie pojawił się 2 doby po powrocie z terrAkademikonu, ale w kształcie bezkształtnym, więc nieco niesprecyzowanym. Już wtedy był Lublin Pod, tylko nie wiedziałam z czym go się je. W pierwszej kolejności siadłam do strony internetowej i, kiedy design był gotowy, zaczęłam obmyślać setting. Nie ma się co tutaj rozdrabniać, w zasadzie sam świat powstał w kilka dni. W pierwszej kolejności mechanika, potem kilka idei co do miejsc i generalnej konstrukcji filozoficznej świata i szybka odpowiedź na pytanie "kim będzie można grać". Potem rozpisałam trochę pasujących do Lublina Pod archetypów (nie wszystkie się zmieściły, niektóre wypadły "w praniu" jako niegrywalne, albo "za nudne" lub "chu*owe"

, rozesłałam wici po Grimuarze i zamieniłam się w słup soli w oczekiwaniu na zgłoszenia.
A potem nastąpił krach pierwszy (były dwa). Kiedy już mieliśmy całą ekipę pierwszoturowców gotową, mnie nagle coś się stało w głowę i uznałam, że generalnie przedwcześnie zachłysnęłam się nowym pomysłem i że w gruncie rzeczy nie ma on ani rąk, ani nóg o genitaliach (męskich - chodzi mi o "jaja"

nie wspominając. Najgorsze wtedy było to, że zgłoszenia już były a niektórzy gracze popisali takie niesamowite historie, że autentyk, nie było opcji, żeby się wycofać. I nie żałuję, że nie wycofałam się wtedy, chociaż przyznam szczerze, że do mniej więcej pierwszego tygodnia października, oscylowałam raczej pod kreską niż nad.
Po pierwszej wymianie listów pojawił się drugi - większy - kryzys. Okazało się, że setting jest za bardzo pełen "dziur" żeby móc połączyć postacie które się wyłaniają. Uznałam, że trzeba było jednak użyć gotowego uniwersum, bo nagle teraz okazywało się, że to o czym nie napisano w tym naszym niepełnym u jednego gracza jest zielone, a u drugiego czerwone, a bardzo bardzo bardzo nie chciałam na siłę robić z postaci wariatów. Zrobiło się wielkie bagno w którym świat był tak niespójny, że bardziej się nie dało, nie byłam w stanie objąć ani zapamiętać wszystkich wątków, idei, pomysłów, postaci, motywów i relacji. Wydawało mi się, ze jest tego za dużo i zbyt się od siebie różni w każdej postaci i usilnie szukałam czegoś co uporządkuje ten chaos, ale nic takiego nie przychodziło mi do głowy. I wtedy pojawił się
Nidhogg z maszyną, a potem
Selket spisała się na medal zasypując mnie szczegółami na jej temat i jednocześnie nieświadomie darując LARPowi pierwszy porządek jaki w ogóle pojawił się w trakcie tworzenia.
Maszyna generalnie była pierwszym z trzech elementów, dzięki którym LARP z bagna zrobił się spójny. Dzięki niej powstały pierwsze główne, łączące postaci wątki i byłam w stanie wytłumaczyć sporo rzeczy, które do tej pory zdawały się nijak ze sobą nie łączyć. Na tym etapie, przyzna szczerze, wyjątkowo dopiekała mi postać
Trinovantesa, która z jednej strony pasowała do idei maszyny, ale wciąż nie pasowała do żadnej innej. W dodatku za każdym razem odpowiedź od Krzaka miała
milijon stron, blokując mi pracę nad LARPem na dobre kilka dni. Już się miałam zacząć zastanawiać jak tu się zemścić na graczu, kiedy wykrystalizowała się postać, która wywoływać zaczęła u mnie prawdziwe konwulsje złości i niechęci, bynajmniej nie przez wzgląd na gracza i jego listy.
Dandysa, bo o nim mowa, znienawidziłam od drugiego spojrzenia. Mieszał mi w fabule a w dodatku miał taką osobowość, której najbardziej na świecie nienawidzę u ludzi ever - niezdecydowana marionetka, strachliwy malwersant niezdolny do podejmowania decyzji, etc. ARGH, robiłam wszystko, żeby Dandys mógł jakoś w tym LARPie funkcjonować, ale on ciągle psuł mi pomysły i wprowadzał chaos w szeregach gangsterów. To wtedy zdecydowałam się najbliżej powiązane z nim postacie zostawić w formie "trust" - nie byłabym chyba w stanie wpleść historii Dandysa w jakąkolwiek wymyśloną przez kogokolwiek postać, więc wolne wakaty na Cara i Ojca zniknęły ze strony i czekały na graczy "z ostatniej chwili".
Na tym etapie tworzenia pociechą był mi przede wszystkim
Porcelanowe Serce, którego historia była prosta, jasna, klarowna a do tego jeszcze zajebista - z Biołym szybko znaleźliśmy na GG "porozumienie dusz" co do Charonity. Muszę przyznać - to była czysta przyjemność. Drugą postacią, która już jakby poza mną całkiem, dostarczała mi wielu wrażeń i inspiracji, była
Kawka. Gośka dwoiła się i troiła żeby stworzyć tak wstrząsającą wewnętrznie postać, i udało się... Niedługo wrzucę wam na stronę
Więzienie, które opisała, to z którego uwolniła
Scarface'a... Zobaczycie, szczena opada. Nieoczekiwanie z pomocą przybył też jeden z Trustów, który jednak postanowił trochę podziałać i zaproponował parę rzeczy. Gdyby nie
Mordred i jego Kropotkin, którzy to stworzyli drugi, po maszynie, fundament funkcjonowania tego LARPa, wszystko mogłoby się nie udać, a tak puzel do puzla, LARP z dnia na dzień piękniał i rozkwitał.
Trzeci fundament, czyli 3w1 - Sanktuarium, Wiec i trzęsienie ziemi - wymyśliłam już sama, jako coś co miało finalnie spleść wszystkie wątki. Do tej pory uważam, że to trochę naiwne było, ale na tamten czas właśnie coś takiego bohaterom Gangów było, mam wrażenie, potrzebne.
A potem wynikła katastrofa z salą... Początkowo, gdzieś pod koniec września, udało nam się po wielu Fallarowych bojach, zdobyć w końcu upragnioną salę w Orient Expressie. Niestety na 5 dni przed imprezą okazało się, że z sali nici. Tu powinien nastąpić trzeci kryzys, ale nie nastąpił, bo 1,5h po tej fatalnej wiadomości,
Fallar miał już salę w Piwiarni Wareckiej i wszystko było git. Handouty kończyłam w pośpiechu o 4 rano w piątek, ale ponieważ było ich mniej i były mniej absorbujące niż przy
Śnie, jadąc do Lublina miałam pełną świadomość, że mam wszystko co trzeba.
Na spotkaniu organizacyjnym, ku mojemu szczeremu zdziwieniu, okazało się, że mechanika jednak nie jest pokręcona, trudna i niezrozumiała. W dodatku zachwyciło mnie to, że większość osób wkuła ją na pamięć. "Fajnie" - pomyślałam zadowolona, wciąż będąc jednak pewną, że coś
musi się jeszcze spierniczyć. Kilkanaście godzin wcześniej dowiedziałam się, że
Mroq nie może przyjechać i to prawie rozbiło LARPa, ale wpierw udało mi się skontaktować z Kropot... tfu! Z Mordredem i ustaliliśmy jednogłośnie, że Spaślak musi umrzeć z rąk Nowego Porządku, a potem, rano, okazało się, że jest kochany
Kuba. Kropotkin wyglądał nawet na lekko zawiedzionego.

Po spotkaniu organizacyjnym nadal więc czekałam na załamanie się całego LARPa, bo jak do tej pory zdawało mi się, że wszystko idzie zbyt łatwo, zbyt łatwo...
Do Sanktuarium przybyłam z godzinnym wyprzedzeniem. Chwilę po tym oglądałam już przyniesione przez Mordreda bomby i rozprawialiśmy z barmanami gdzie powinniśmy je ukryć. Przez chwilę był fackup, bo do Sanktuarium przyszła przedwcześnie
Braidera i nie byłam pewna czy widziała bomby czy nie, ale ostatecznie pomyślałam, że kto jak kto, ale Braids akurat będzie umiała sobie ładnie oddzielić wiedzę gracza od wiedzy postaci, więc nawet jeśli - pal licho. Jeszcze tylko skoczyłam do restauracji
Mandragora, gdzie za pół godziny miał przybyć Trinovantes i, ku zdziwieniu pracujących tam pań, poprosiłam o podanie "dżentelmenowi, który przybędzie to za czas niedługi" starej wielkiej mapy, koperty, wina i jedzenia jakie tylko będzie chciał (Krzaku, chciałam się zrewanżować za Terminatora!

), po czym wróciłam do Sanktuarium gdzie czekał już Fallar. Wspólnie (jeszcze z bezcennym! Adasiem) przygotowaliśmy scenografię - kadzidełka, świeczki, przyciemniane światła, miarkę drgań, mównicę, mapy, etc., wytłumaczyliśmy Robertowi (to nasz barman!), żeby nie lękał się "tych dziwnych ludzi którzy tutaj przyjdą", nagle patrzę... wchodzi... OJA! - prawie że zakrzyknęłam widząc, ukłony, ukłony za strój -
Umlego vel Scarface'a.
Tutaj historia potoczyła się już lawinowo i, przyznam szczerze, po 1,5h straciłam już nad nią kontrolę. W pierwszych 30 minutach LARPa wydawało mi się, że du*a i że nie wypalił - ludzie się szwendali, nudno było, nikt nic nie mówił... Ale potem, hyh, zaczęło się dziać. Dzwoneczek dzwonił jak oszalały, padały pierwsze ofiary, Kostucha poszła w ruch, ludzie zaczęli wychodzić na górę wzbudzając dyskordię wśród co bardziej szarych obywateli, ach... Choroba, sama nie wiem co tam się działo. O irytację przyprawiało mnie tylko to, że wszyscy za nic mieli poziom drgań i nikt nic z tym nie robił, choć mógł. Zdecydowałam się nawet o prawie 1,5h opóźnić ostateczne przesunięcie suwaka, żeby LARP nie musiał skończyć się po 3h i żeby mógł trochę jeszcze potrwać. Brakowało mi dyskusji o maszynie, rozkminiań olśniewającej mapy maszyny zrobionej przez Selket (już od tygodnia dzwonię po producentach, czy wyprodukują mi taką wielką antyramę a jedyne co mnie spotyka to pusty chichot po drugiej stronie słuchawki), hipotez i pomysłów co z nią zrobić i przyciśnięcia tych, o których było wiadomo, że się na maszynie znają. Nowy Porządek natomiast spisywał się znakomicie i brylował w towarzystwie... dopóki nie zginął. Trochę żałuję, że ludzie w pewnym momencie przestali zwracać uwagę na dzwoneczek i tylko niektórzy słuchali co kto ma do powiedzenia. Trochę żałuję też, że nie przeczytano publicznie wszystkich przepowiedni-z-pudełka
Romany (swoją drogą, jeśli ktoś jeszcze nie wie, wnuczki Peshy, prawnuczki Gunnara, praprawnuczki Miriam), bo to były takie dość osobiste tegesy, często wracające aż do pierwszych "listów z Nad", napisanych przez graczy. Trochę żałuję w końcu, że więcej osób nie zaangażowało się w rytuał, ale podoba mi się to, że byli i zginęli sami ci "dobrzy". Lublin Pod nawet będąc w rękach graczy okazał się brutalnym i strasznym miejscem.
I nie wiedziałam jak było. Gracze byli zmęczeni, miałam wrażenie, że rozmowa po się nie kleiła i że generalnie coś z LARPem było nie tak, skoro tak jest. Dopiero późniejsze reakcje niektórych graczy dowiodły mi, że sporo ludzi jednak bawiło się przednio, ale powiem wam szczerze, do tej pory nie jestem pewna, czy tak przednio było, czy sobie wkręcają, choć chciałabym myśleć, że jednak tak było, bo dopiero parę dni po uświadomiłam sobie masakryczny ogrom pracy który został włożony przez Graczy i przez nas w tę robotę. I uświadomiłam sobie, że takich strojów, to ja nigdzie nie widziałam. I też to, że jednak mija znów któryś dzień, a ludzie ciągle mnożą posty na forum.
A kiedy zobaczyłam znów Porcelanowe Serce w jadłodajni falkonowej, to, jak już gdzieś pisałam, pękło mi serce i normalnie prawie się rozbeczałam. A potem przyszła Kawka, Ojciec, Kat, Scarface, Madamme, Gargoyla, Trinovantes i Cherry i pierdzielnęłam te głupie karteluszki które sobie zapisałam tuż przed pokazem drobnym maczkiem w chorerę, bo mi jakaś dziwna mgła przesłoniła i oko i głowę i wtedy pomyślałam sobie cicho o tych setkach ludzi zgromadzonych w Auli, z szeroko otwartymi oczyma wpatrujących się w dziwacznie ubrane postacie z Lublina Pod, czcigodnie wędrujące po scenie:
Lol, a Was tam nie było... I uświadomiłam sobie wtedy unikalność przeżycia, którego dane mi było doświadczyć.
Aj,
Comatose wciąż jest pierwszym kawałkiem którego odpalam w słuchawkach idąc każdego dnia rano do pracy. I choć, jak wiecie, dla mnie rozdziały tego typu szybko się zamykają, codziennie zamykam oczy na kilka chwil i widzę Nubuka, Ojca, Klechę i całą resztę o twarzach wyrażających emocje, jakieś dramaty, olśnienia. I myślę:
Cholera, ze swoim mózgiem bardziej pasuję Pod niż Nad. Powinnam tam zostać - a to oznacza, że pomimo całej tej gdersko-gorzkiej antyrecenzji,
byłam tam.