W piątym pojawia się William Morris i jego dziewczyna Jane Burden (mogli się bardziej postarać przy kastingu). Dorota, spodoba Ci się - Rosetti przez pół odcinka biega nago.
Ja jeszcze nie mam 5 odcinka. Jakoś się nie składało, może teraz.
Sqrl - ja zastrzegłam w kontrakcie nierecenzowanie filmów, seriali i tym podobnych, pamiętasz? :> No, chyba że nikt inny nie będzie chętny - to jak skończę się odkopywać po przedwczesnym pogrzebie, to mogę spróbować. Z tym, że o filmach i innych takich to ja nie mam zielonego pojęcia, jak wiesz.
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)
Aaaa.
Właśnie powoli zbliżam się ku końcowi z oglądaniem serii drugiej serialu Carnivale...
To moje drugie podejście to tego niezwykłego filmu. Za pierwszym razem przebrnęłam przez kilka pierwszych odcinków i uznałam, że jest zbyt mało dynamiczny. Za drugim razem (teraz) przekroczyłam poprzednią granicę i... nie mogłam się oderwać...
W zasadzie trudno jednoznacznie wskazać o czym opowiada ten film. Z jednej strony bowiem mamy "główny" wątek - podróżujący przez drogi i bezdroża Stanów Zjednoczonych, zniszczonych i objętych ogromnym kryzysem po I wojnie światowej, cyrk dla "Freaks", czyli bliźniaków syjamskich, kobiet z brodą, lizadrmenów i innych dziwadełek. Cyrk ów nosi właśnie nazwę "Carnivale", stąd tytuł filmu.
Z drugiej strony od samego początku towarzyszy nam coś na kształt głównego bohatera - młody chłopak Ben, który w pierwszym już odcinku traci wszystko co miał. Rodzinę, dom, wszystko. Cykrowcy z Carnivale przygarniają Bena do siebie nie zdając sobie sprawy, że skrywa on bardzo niezwykłą tajemnicę której się panicznie boi. Tak zaczyna się wątek drugi - wątek prostego i niewykształconego bohatera, który poszukuje odpowiedzi na bardzo transcendentalne pytania, które go zdecydowanie przerastają.
W końcu, równolegle do całej fabuły "cyrkowej" toczy się jeszcze jeden wątek. Gdzieś w stanach w których panuje dobrobyt żyje sobie bowiem pewien ksiądz, którego słowa poruszają tłumy. Człowiek z powołaniem, z misją i z pasją, klecha zdaje się obdarzony przez Boga zdolnością, talentem, jakiej nie posiadają zwykli śmiertelnicy...
I trzy owe wątki toczą się jakby niezależnie od siebie aż do początku drugiej serii, kiedy to relacje pomiędzy nimi stają się jasne. I zapierają dech w piersiach. Ale i tak to nie one są największym atutem serialu.
Tutaj rządzą:
1. bohaterowie - tak niezwykli, jakich nigdzie nie spotkasz. Karzeł Samson, "rządzący" całym Carnivalem i najsilniejsza chyba postać całego filmu, ślepy opiumista i wielbiciel absyntu, dziwaczny Lodz, zupełnie zwyczajna Sofia, która "wróży" przy pomocy porozumiewającej się z nią telepatycznie sparaliżowanej matki, brat Justin który kopie dupę i sprawia, że na sam widok nieprzyjemne ciary mi chodzą po plecach i Iris, jego rodzona siostra... W końcu tajemniczy wytatuowany Scudder, który pojawia się tylko w snach i we wspomnieniach.
2. miejsca i scenografie - o kurczę... Na pierwszej pozycji powalił mnie Babilon, ale dopiero kiedy zobaczyłam ostatnią scenę. W drugiej serii powalające scenerie po prostu wysypują się z rękawa: pokój pewnego księdza w szpitalu psychiatrycznym. Chatka "wiedźmy" w środku lasu pełna manekinów i ich fragmentów (oraz jej pokój, jak z horroru). Nowa Jerozolima Justina widziana ze wzgórza nocą, sam cyrk - niektóre jego "wagony", zwłaszcza ten Lodza, ociekający dekadencją i XIX-wiecznym stajlem, wagon wróżbitki, ach...
3. wątki - no normalnie kopią dupsko. Wątek z kolesiem który robił maski pośmiertne po prostu zrzucił mnie z krzesła. Podobnie (i pozytywnie) zaskoczona byłam Dia de los Muertos (tak, bohaterowie trafiają do miasteczka, gdzie się je obchodzi) oraz współczesnym zakonem templariuszy mającym w owym miasteczku swą świątynię (symbole! obrazy!), wstawki "wojenne" zwłaszcza te z niedźwiedziem... łoł. Szał i dzikie węże... Normalnie sama nie wiem o czym już pisać, tyle tam tego jest...
Chyba po prostu zamilknę, żeby przypadkiem nie zacząć spoilować.
Finalizując - serdecznie polecam tym, którzy lubią niezwykłości. Mistykę. Baśnie i tajemnice. Których kręcą przepowiednie oparte na transcendencji chrześcijańskiej. Którzy uwielbiają przepych i scenografie dopracowane co do piksela. Którzy szukają czegoś nowego, innego i którzy nie boją się zanurzyć w powoli snutej opowieści.
Kiedyś widziałam kilka pierwszych odcinków. Bardzo mi się podobał klimat, jakiś taki... Niepokojący. Cały czas miałam wrażenie, że przed moimi oczami rozgrywa się właśnie coś bardzo ważnego, ale nie jestem w stanie tego zrozumieć. Może kiedyś się zbiorę i obejrzę.
A czołówka nie przestaje mi kopać mych szanownych czterech liter.
Jak dobrze pójdzie, jutro skończę oglądać Zdesperowanych Romantyków. Ciekawa jestem, na czym się kończy serial właściwie. Na dzisiejszą noc mam 5 odcinek, może wreszcie zobaczę Jane Burden i tego gołego Dantego Gabriela, którego tak rekomenduje Słowik. :p
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)
Kiedyś widziałam kilka pierwszych odcinków. Bardzo mi się podobał klimat, jakiś taki... Niepokojący. Cały czas miałam wrażenie, że przed moimi oczami rozgrywa się właśnie coś bardzo ważnego, ale nie jestem w stanie tego zrozumieć. Może kiedyś się zbiorę i obejrzę.
Bardzo bardzo polecam. Akurat zdaje mi się, że jesteś jedną z niewielu znanych mi osób, które Carnivale będą w stanie docenić "w pełni".
Romantyków zamierzam sobie zaserwować w przyszłym tygodniu, po jednym na dzień jak "Moda na sukces". ;-)