Ja też o mało nie zrezygnowałam. Początek jest MEGAbeznadziejny. Ale później jest o wiele lepiej, serio. Choć założenie serialu wciąż jest dość naiwne, należy to jakoś przełknąć. I zamykać oczy oraz zatykać uszy, gdy na ekranie pojawia się mały Henry, bo jest koszmarnie irytujący IMHO. Za to reszta mi to wynagradza i z niecierpliwością czekam na drugi sezon.
BTW - właśnie skończył się 2 sezon Borgiów i czuję, że moje życie jest szare i pozbawione sensu.
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)
Super, więc spróbuję się zmierzyć z tym serialem jeszcze raz.
W podobny sposób podchodziłam do "The Vampire Diaries". Na początku było baardzo słabo, typowy szkolny serial dla nastolatek, ale jak już wyjaśniło się 'who is who', akcja ruszyła z kopyta i trup zaczął ściełać się gęsto. Kilka odcinków jest bolesnych do obejrzenia, ale jeśli ktoś się odważy i przetrwa, serial potem sporo wynagradza. Zwroty akcji są naprawdę zaskakujące i sporo się dzieje.
Co do "Borgiów" planuję w najbliższym czasie. Chciałam najpierw skończyć "Grę o Tron" i siąść do tego, jak już sezon będzie kompletny.
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Gomora 2012-06-22 14:45:09
Człowiek o wąskich horyzontach lepiej widzi to co przed nim.
Trochę niefantastycznie, a trochę fantastycznie. Ale najpierw przydługi wstęp, a jakże.
Od kilku tygodni (czy może dłużej?) odkrywam uroki seriali kanadyjskich. Tak, moi drodzy - rozmiłowani w syropie klonowym sąsiedzi Hamerykanów najwyraźniej też mają telewizory, bo kręcą seriale! Dużo seriali! Czasem nawet całkiem niezłych!
To, co mnie lekko zszokowało na początku, ale co mi się w sumie podoba, to to, że Kanadyjczycy mają bardzo wyraźnie zupełnie inne od swych sasiadów podejście do pokazywania seksu i przemocy na ekranie. Nie epatuje się nimi, ale też nie jest czysto i sterylnie. Pod tym względem dominuje raczej stylistyka lekko wygładzonego realizmu - wszystko wygląda jak w życiu, tylko bez zbliżeń na detale ani gloryfikacji. Wszystko nabiera takiej dziwnej... Codzienności. Seks nie jest wielkim rytuałem ani też perwersją, ale po prostu seksem. Rozkładające się ciało nie jest przekolorowanym rekwizytem rodem z horroru, ale rozkładającym się ciałem. Mordercy nie oszczędzają nie tylko kobiet, ale dzieci również - i to wcale nie w konwencji jakiegoś sennego horroru puszczanego po północy. Dzięki temu wszystko, co się dzieje na ekranie, wydaje mi się bardziej realistyczne, a nie przypominające jakąś straszną i makabryczną, ale piękną baśń.
Dziś - dwa seriale. Oba kanadyjskie (dzięki czemu czasem wśród ról drugo- lub trzeci-planowych można wypatrzeć twarze znajome z tego drugiego serialu), ale poza tym zupełnie od siebie różne. Jeden lepszy, drugi jednak słabszy. Oba ponoć leciały (lecą?) gdzieś na polskich kanałach, bo mają polskie tytuły.
Najpierw ten wyraźnie lepszy. Ostatnio mnie na "pewnej-grupie-o-której-nie-wypada-rozmawiać-w-cywilizowanym-towarzystwie" wyśmiano, że go nie znałam do tej pory, a jak miałam go znać, skoro nikt mi go nie podrzucił? (patrzę na Ciebie, Akashne...)
Murdoch Mysteries (pl. Detektyw Murdoch)
(chciałam wstawić filmik z trailerem, ale post mi się psuł...)
Toronto, Kanada. Miejski posterunek policji, kierowany przez krewkiego inspektora Brackenreida z Yorkshire. Policja ma ręce pełne roboty, jak to w serialach kryminalnych bywa - trup się ściele gęsto, dokonywane są coraz to dziwniejsze i śmielsze kradzieże, ludzie znikają bez śladu... Dzięki Bogu, na posterunku czuwa praworządny do bólu, choć lekko ekscentryczny geniusz - detektyw Murdoch.
A teraz uwaga - najważniejsze. Pierwsze sezony (obecnie serial zbliża się powoli do końca szóstego) dzieją się w... XIX wieku. Hurra!
Żeby nie było wątpliwości - to *nie* jest serial historyczny (choć postaci historycznych pojawia się sporo). Czasem na ekranie dzieją się rzeczy tak niesamowite, że podchodzą pod prawdziwą fantastykę. W sumie nie jest to nic innego, jak steampunkowy kryminał z elementami humorystycznymi i wątkiem romansowym. Polecam, polecam mocno, zwłaszcza fanom tej stylistyki - serial przejeżdża chyba przez wszystkie tematy, które mogą się skojarzyć z XIX wiekiem i steampunkiem: rozruchy rewolucyjne, szalone wynalazki, emancypację, spirytyzm, mistycyzm, egiptologię, scientific romance, opowieści z wyższych sfer, romans, szpiegostwo, klasyczny whodunit, no wszystko po prostu.
A teraz ten słabszy.
Lost Girl (pl. Zagubiona tożsamość)
Do baru hotelowego wchodzi młoda złodziejka. Wyciągając portfel dzianemu, podrywającemu ją gościowi nie spodziewa się, że zaraz padnie jego ofiarą - własnie podał jej drinka z tabletką gwałtu. Nie wie też, że przed jego "wdziękami" w windzie uratuje ją barmanka. Barmanka, która dosłownie wyssie z faceta życie...
Serial jest luźną wariacją na temat popularnego gatunku urban fantasy - główna bohaterka Bo (barmanka) okazuje się być potężnym sukkubem, który w dzieciństwie trafił do ludzkiej rodziny, a dopiero w 1 odcinku dowiaduje się, czym naprawdę jest. Oczywiście, okazuje się, że miasto jest zaludnione niesamowitą wręcz liczbą wszelkiej maści nadprzyrodzonych istot, zwanych Fae, a Bo trafiła w sam środek odwiecznego konfliktu między Dworem Światła i Dworem Mroku.
Najsilniejszą strona serialu są postacie, fajnie zagrane i stworzone z jajem. Mamy więc obowiązkowego wilkołaka, który - również obowiązkowo - często paraduje bez koszulki, geekowatą i lekko nieogarniętą towarzysko panią doktor, oraz absolutną gwiazdę serialu - ludzkiego przydupasa Bo, uratowaną w 1 odcinku złodziejkę Kenzi, która w sumie wystarcza, by wywindować ten serial o kilka poziomów w górę. Razem rozwiązują sobie różne zagadki i eksplorują społeczeństwo Fae, ratują świat i niszczą związki, odkrywają pochodzenie Bo oraz tuszują jej występki - standard. Sporo akcji, odrobinę wzruszeń, cała masa humoru (bardzo przyzwoitego zresztą), o wiele mniej sensu
Serial ma też niezłą muzykę, za to fatalny montaż - sceny się ucinają w połowie ujęcia, a czasem nowe informacje pojawiają się "znikąd", jakby coś z odcinka wycięto i zapomniano tego poprawić. Polecam dla tych, którzy są spragnieni niezbyt wymagającej rozrywki, romansów i romansików (hetero oraz homo - często konsumowanych ze względu na naturę protagonistki) oraz efekciarstwa, a niekoniecznie głębokiej i oryginalnej fabuły. Aktualnie leci 3 sezon, więc trochę się już nazbierało.
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez gwyn_blath 2013-03-31 22:19:35
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)
O, dobrze, że przypominasz. Ostatnio mocno mi polecano ten serial. Nie przeczę, głównie ze względu na wątki humorystyczne i homoerotyczne :] Chyba pora mi się za to zabrać, tym bardziej, że Vampire Diaries ma przerwę, a do kolejnego odcinka Once Upon A Time trzeba tydzień poczekać...
Człowiek o wąskich horyzontach lepiej widzi to co przed nim.
Jak mówię - jeśli trzeba czegoś ambitnego i z bardzo spójną fabułą, bez głupot logicznych i naciągania, od Lost Girl lepiej się trzymać z daleka. Ale jeśli pragniesz po prostu fajnej rozrywki, ciekawych postaci i turlania się ze śmiechu - to jest serial dla Ciebie!
A wątki romansowe (i hetero, i homo) są akurat bardzo fajnie i zgrabnie poprowadzone. Skończyłam właśnie 6 odcinek 3 sezonu i wciąż toczą się bardzo interesująco - ten element twórcom wychodzi naprawdę, naprawdę dobrze.
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)
A ja właśnie na chorobowym obejrzałam 2 sezony wyciekającego zewsząd i polecanego przez wszystkich Game of Thrones. W mojej opinii serial się broni, świetnie się przy nim bawiłam.