Właśnie skończyłam 5 odcinek. Rzeczywiście, aktorka obsadzona Jane Burden jakoś mnie nie przekonała. Za to Rose la Touche jest jak wyjęta z portretów Ruskina. Zresztą Fanny i Williama Morrisa też nieźle obsadzili. Szkoda tylko, że Burne-Jones tak jakoś zaginął w tle.
A Rossetti rzeczywiście lata goły, ale nie zmienia to faktu, że z niego straszny sk**wiel. Choć Henry w puencie odcinka bardzo ładnie go podsumował.
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)
Aaaaaaa! Aaaaaaaaaaa! Aaaaaa! Aaaaaa!
<squirel prawie umarła przed chwilą>
A!
3 odcinki od końca całego Carnivale pojawia się zupełnie nic nie znaczący wąteczek (więc Wam aż zdradzę, to nie spoiler, nie ma znaczenia dla fabuły). Ci co będą wiedzieć o co chodzi - będą wiedzieć o co chodzi...
Otóż jeden z bohaterów proponuje pewnego rodzaju makabryczny "targ" drugiemu z bohaterów, który niegdyś należał do Zakonu Templariuszy. Wyświadczy mu pewną dziwaczną przysługę której tamten bardzo pragnie, w zamian za to, że Templariusz zdradzi mu gdzie znajduje się "Sauniere Manuscript". Po chwili zastanowienia ten odpowiada:
- Zakrystia w kościele.
- Gdzie?!!
- Rennes-Le-Chateau...
I z tą chwilą serial ów awansował z miejsca czwartego, do pierwszej trójki mych ulubionych seriali ever. :-)
Po prostu kocham, uwielbiam scenarzystów. Podejrzewam, że nie jedną noc mogłabym z nimi przegadać o tajemnicach tego świata... ;-)
Hmmm. Obejrzałam ostatni odcinek Desperatów. Był ładny, wzruszający i w ogóle - ale jakiś taki... Poczułam się, jakby był dzisiaj Dzień Bez Puenty. Kilka rzeczy zostało zawiśniętych w powietrznym niebycie. No nie wiem, mam mieszane uczucia jakoś tak.
"Nie ma żadnej drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą." (Budda Siakjamuni)
A ja właśnie skończyłam Carnivale. Puenta była. Nie zaskoczyła mnie nijak, ale też i cały serial nie jest po to, że ma zaskakiwać. Operuje raczej stereotypowymi rozwiązaniami, ale pokazuje je za pomocą nieco innych środków.
I już wiem co mi w tym serialu nie pasuje - jedyna rzecz, którą permanentnie bym zmieniła, bo psuje ogół wrażeń.
Muzyka.
Jest tragiczna.
Co za idiota mógł tak spierd*lić soundtrack... :-(
Przepraszam, że post pod postem, ale właśnie odkryłam coś ABSOLUTNIE NIEZWYKŁEGO, NIESAMOWITEGO I RZUCAJĄCEGO NA KOLANA (ale tylko osoby ze specyficznym poczuciem humoru).
Serial nazywa się Garth Marenghi's Darplace. A oto Opening Titles:
Garth Marenghi's Darplace to 6-odcinkowy serial brytyjski z 2004 roku, którego akcja dzieje się w Szpitalu Darkplace. A z resztą co Wam będę tutaj mącić, przeczytajcie sobie choćby ten kawałek recenzji z Filmłeba:
Cytat
Tytułowy Garth Marenghi, z dystansem zagrany przez Matthew Holnessa, to antypatyczny, zakochany w sobie twórca horrorów, który wspomina przed kamerami swój występ w ekranizacji własnej powieści, rozgrywającej się w szpitalu o nazwie "Darkplace". Biorąc pod uwagę megalomanię tytułowego bohatera, łatwo się domyślić, że gra on w tejże ekranizacji główną rolę. Pozostali bohaterowie serialu to postaci równie wyraźnie zarysowane, by nie powiedzieć przerysowane; świetny Matt Berry w roli doktora Sancheza, szpitalnego podrywacza, znakomicie operuje głosem, co skutecznie wywołuje efekt komediowy, natomiast Alice Lowe, jako lekarka obdarzona mocami telekinetycznymi, umożliwiającymi jej czytanie w cudzych myślach, udanie gra w sposób sugerujący brak życia wewnętrznego postaci. Serial, mający na celu oddanie zarówno atmosfery, jak i graficznej strony produkcji tworzonych w latach 80., nie tylko świetnie przejaskrawia klisze i utarte schematy kina niezapomnianych lat 80., ale również z wdziękiem wykorzystuje słabości ówczesnej techniki - większość scen zawiera bowiem nawiązania do panującej wówczas stylistyki (np. wyraźna żyłka przywiązana do atakującego pielęgniarza zszywacza czy widok szpitala z lotu ptaka, na którym budynek przypomina tekturową makietę). Główni bohaterowie muszą radzić sobie z niesamowitymi zjawiskami zachodzącymi na terenie szpitala - czy to ze "szkocką mgłą", zieloną chmurą zamieniającą ludzi w warzywa, czy to z wielką gałką oczną w wełnianej czapeczce, która mimo tego, że odgryza ludziom palce, zostaje adoptowana przez głównego bohatera i ochrzczona imieniem "Skipper".
Aaaaaaa! Idę oglądać dalej. Nie uwierzylibyście, że squirel, siedzi sama w domu z kubkiem gorącej herbaty i rży jak dziki osioł ze śmiechu co 30 sekund filmu. Serio. Wymiata. Cz!
Piszę tutaj, bo właśnie dowiedziałem się, że na TVN będzie emitowany pierwszy odcinek serialu pod intrygującym tytułem "Naznaczony". A opis brzmi jeszcze bardziej intrygująco:
Są rzeczy, które wymykają się ludzkiemu rozumowi.
Możecie w nie wierzyć lub nie, ale one istnieją.
Są sytuacje, których nie można uniknąć .
Są czyny, za które musimy wziąć odpowiedzialność.
Każdy ma coś na sumieniu. Coś, o czym chciałby zapomnieć.
Jednak zawsze przychodzi czas zapłaty.
Jest ktoś, kto Ci o tym przypomni....
To będzie najwyższa cena.
Życia i śmierci.
Każdy może być… Naznaczony!
Uważaj! Być może jesteś na liście…
Producenci obiecują realizację z rozmachem niespotykanym do tej pory w polskiej telewizji i efekty specjalne na światowym poziomie.
I odcinek dzisiaj o 21:30 a TUTAJ strona internetowa serialu.
Producenci obiecują realizację z rozmachem niespotykanym do tej pory w polskiej telewizji i efekty specjalne na światowym poziomie.
Bo rzeczywiście zacnie im wyszedł. Spodziewałyśmy się koleżanką kompletnej tandety, a tu takie miłe zaskoczenie.
Fabuła na razie mało zaskakująca, ale i tak dobrze się oglądało. Warto dać serialowi szansę.
A ty po mnie nie płacz, głosu serca słuchaj.
Duchem do cię przyjdę znów. Choć w ciele Dybuka.
Ja do Naznaczonego mam mieszane uczucia. Z jednej strony, jest to serial robiony jak na Zachodzie ( montaż, kamera, itp. ), ale wyraźnie z polską duszą i podejściem ( DUŻO więcej dramatu nad strachem ). Z drugiej, muzyka jest tragiczna, dosłownie i w przenośnie - kawałki melancholijne są nawet fajne, ale wszystkie pozostałe, jak monumentalne czy patetyczne, są naprawdę tragiczne ( jeśli chodzi o wykonanie) . Co doprowadza do sytuacji że kiedy oglądam scenę topiącej się "Jutrzenki", muzyka zupełnie nie pasuje do sytuacji, krzycząc w mej głowie "Jaka to scena? Tragiczna, czy Patosu?: i robiąc nie miłe wrażenie dyzonansu. Nie wspominając o kliszach i powtórzeniach z zachodniego kina, ale od tego to raczej nie da się uciec.
MIMO to, sądzę że warto dać serialowi szanse - w końcu to dopiero początek takich produkcji na naszym rynku i nie było tragicznie, powiedziałbym że... hmm... inaczej. Powiem inaczej: ostatnio pojechałem do Istambułu i poczułem co to oznacza orient. "Naznaczony" jest takim właśnie smakiem orientu na polu produkcji Zachodnich - niby to samo, a jednak inaczej niż w USA...
Mnie się bardzo skojarzył z pewnym francuskim serialem, pt "David Nolande". Podobny klimat, założenie i nawet niektóre ujęcia. Pod względem treści w pierwszym odcinku nie wydarzyło się prawie nic i zdziwiłem się, kiedy się nagle skończył. Natomiast pod względem formy faktycznie zaciekawił. Podobała mi się scena na początku z martwą kobietą i scena na plaży. Ta z gasnącymi latarniami była imho trochę tandetna. Zobaczę drugi odcinek, ale jak się nie rozkręci choć trochę, to dam sobie spokój.
A ja właśnie wczoraj zaczęłam sobie oglądać serial, dziejący się (a jakże) w wiktoriańskiej Anglii. Nazywa się "Little Dorrit" i, póki co, powiedzieć mogę tylko, że obsada jest wyśmienita, scenografia i kostiumy zachwycające a fabuła zawiązuje się ciekawie. :-)
Cytat
Arthur Clennam returns to London after working abroad for many years with his now deceased father. Almost at once he becomes involved in the problems of his mother's seamstress Amy Dorrit and of her father residing in the Marshalsea debtors' prison. Pursuing their cause Arthur comes across a successful business opportunity and also gains a number of new acquaintances, while his and Amy's paths continue to cross. A reversal of fortune lays him low, but to fully understand how, this story must now be seen through Little Dorrit's eyes.