Car po raz kolejny zamknął oczy. Miękki fotel wspierał zmęczoną głowę i dłonie. Gwar rozmów przestawał mieć znaczenie, liczyła się tylko muzyka. Napływające dźwięki trącały skołatane nerwy jak struny. Muzyka… dźwięki… muzyka… taniec… muzyka… napływające obrazy… Wspomnienia nieśmiało wynurzyły się z umysłu Cara, by po chwili w pełni zawładnąć jego świadomością.
Cesarz siedział w loży, wraz z nieustannie towarzyszącymi mu: Lwem i Bykiem. Dwójka ta, choć imiona dziedzicząca po znakach zodiaku, pod którymi się urodzili, na ulicach Petersburga Pod kojarzona była z patronującymi im zwierzętami. Sztuka nie była z pewnością na jednym z czołowych miejsc pośród ich zainteresowań, mimo to, nie śmieli by odstąpić tego dnia od Cara nawet na krok. Tłum ludzi w Brunatnym Teatrze stwarzał zbyt duże zagrożenie dla ich chlebodawcy.
Tymczasem jednak Cesarz obserwował w skupieniu scenę. Dziś tancerze z odległej Moskwy Pod wystąpić mieli wspólnie z lokalnymi gwiazdami. Kurtyna poszła w górę, a pierwsze takty muzyki ostatecznie uciszyły zgromadzonych ludzi. Początek… Nic zaskakującego… Tancerze, których Car widywał już wielokrotnie.
Chwilkę… Ten… Tak, widać, że nie jest tutejszy. Co za płynność ruchów! Radość dla oczu i… Lekko otwarte usta Lwa i Byka… Wstrzymany oddech na całej sali… Przy tancerzu pojawia się tancerka. Balet w wykonaniu tej pary był estetycznym uniesieniem. Nie… To nie zasługa obojga… Jego ruchy stanowią tylko tło dla jej kunsztu. Cudowna, zgrabna sylwetka, gesty i lekkość, jakby była jednym z muzyką. Jakby muzyka byłą nią.
Po spektaklu Car wysłał jej bukiet białych róż, wraz z podziękowaniem za występ.
Nie… To nie była miłość. Tak wielkich emocji Cesarz nie był w stanie sobie jednak przypomnieć. Zapragnął poznać osobę, która poruszyła duszę tego, który przez wielu uważany był za bezdusznego. Krótka wiadomość, w większości chwaląca talent, w ostatnim zdaniu prosząca o spotkanie, dotarła do wspaniałej tancerki. Złoty sygnet, dołączony do listu jako podarunek, również został przyjęty.
Spotkanie miało odbyć się w następnym tygodniu. Car czekał...
-Pilna wiadomość do Karmazynowego Władcy - wyrecytował zdyszany posłaniec.
Car słuchał do końca… Wybiegł… Z daleka widział tłumek gapiów, gdy ich wyminął, zobaczył na własne oczy potwierdzenie raportu, który dostał kilka minut temu. Ciało utalentowanej baletnicy leżało na bruku. Brakowało mu rąk… Cesarz odwrócił się. Widok zwłok nie był w stanie go obrzydzić już od bardzo dawna, ale to… To była profanacja sztuki i występek przeciwko pięknu.
Car ruszył przed siebie. Wraz z każdym zakrętem, z każdą uliczką, przemieszczał się coraz szybciej, a gniew coraz mocniej zatapiał jego wewnętrzny wszechświat. Wiedział dokąd idzie. Otwarte gwałtownie drzwi przestraszyły chudego nauczyciela.
-Tiomkow, Ty gadzie, myślałem, że z tym skończyłeś!
-Panie! Nic nie zrobiłem, przysięgam!
-Byłeś mordercą i zboczeńcem, gdy Cię odnalazłem!
-Cesarzu, ta żądza mną kierowała, wtedy musiałem, ale dzięki Tobie…
-Dzięki mnie odzyskałeś życie! Dałem Ci piękną żonę, dom i sprawiłem, że mogłeś czuć się bezpiecznie w całym tym brudnym mieście!
-Wdzięczność ma nie zna granic Panie…
-Gdzie je trzymasz! Tutaj? – Otworzona nagle szafa przewraca się – A może za tymi drzwiami?!
-Nie Carze, proszę nie otwierać…
Mocne kopnięcie… Smród rozchodzący się po całym domu. Niewielki pokoik pełen… Uciętych kobiecych ramion. Niektóre zabalsamowane, inne w różnych stadiach rozkładu. Najstarsze, już w postaci kilku kości, nowsze wciąż niemal jak żywe. Te najbliżej wejścia… Ze złotym sygnetem na palcu.
Spojrzenie Cara, które wtedy spotkał Tiomkow nie jest znane mieszkańcom Lublina Pod…
-Ja… ja… musiałem… musiałem… Takie piękne… Takie młode… Śliczne ramiona… Moje… Tylko moje…
Szaleństwo ogarniające Tiomkowa przerwane zostało silnym uderzeniem w głowę i utratą przez niego przytomności.
Obudził się w ciemnym, murowanym pomieszczeniu. Usłyszał głos…
-Lubisz ręce… dłonie… ramiona…??? Poczujesz jak to jest je tracić… Kawałek po kawałku… A żebyś nam tu za szybko nie zdechł z głodu… Przyrządzimy Ci z nich specjalne danie!
Murowane ściany tłumiły krzyki przez najbliższych kilka tygodni, a dom nauczyciela Tiomkowa wkrótce spłonął.
Nigdy wcześniej Car nie zabił człowieka… Nie licząc samoobrony i zwykłej walki. Gdy ofiara ostatecznie wyzionęła ducha Car pomyślał:
„Gdybym tylko tę szuję obserwował… Gdybym tylko wiedział, że łotrów jak on trzeba trzymać blisko, by ciągle mieć ich na oku…”
Obrazy z przeszłości odpłynęły. Muzyka delikatnie głaskała świadomość. Spojrzał na siedzącą Madame i rzekł do niej:
-Ta muzyka pozwala zapomnieć lub pamiętać to, co ważne, nie rozumiem, dlaczego tak rzadko można ją usłyszeć.
Madame kiwnęła głową w odpowiedzi na słowa Cesarza. Nie powiedziała jednak nic.
"Tamten gramofon... Czy trzęsienie ziemi go zniszczyło?", zastanawiała się. "Zapewne, przecież cała siedziba mego pana obróciła się w pył... Co za szczęście, że Jego nie dosięgła wtedy śmierć..." Sama myśl o tym sprawiła, że ogarnął ją chłód.
Obserwowała Cesarza, zasłuchanego we własne myśli, i choć nie potrafiła nic wyczytać z jego twarzy, to była pewna, że jest ukontentowany tym, co mu zaoferowała. Milczała, by swym niedoskonałym głosem nie zepsuć mu tej chwili. "Panie mój", myślała, "teraz, gdy najlepszych Ochrańczyków zabrakło przy twym boku... Gdy Spaślak zdradził, Kornik przepadł bez śladu, a najwierniejszy pan Szmalcownik, zawsze oddanie stąpający o krok od ciebie, oddał się własnemu szaleństwu - kto teraz trwa przy tobie, panie? Kto ci usługuje, kto dba o twe wygody i bezpieczeństwo?" Nie ośmieliła się jednak wypowiedzieć głośno ni słowa; ukryła zaniepokojone spojrzenie za powiekami, ciężkimi od makijażu, i milczała.
Gdy ostatni takt umilkł, na sali zapadła absolutna cisza, jak gdyby wszyscy wstrzymali oddech; Madame miała wrażenie, że słyszy odległe, skryte za wieloma ścianami wietrzne dzwonki w pokoju jednej z haremowych gejsz. Trzask szafy grającej zdał się głośny jak huk wystrzału; zaraz jednak rozległa się wesoła muzyka, i po chwili po Absyncie poniosły się pierwsze, nieśmiałe szelesty rozmów.
Po chwili ciszy Madame podniosła wzrok na Cara.Wiem, że to niewiele, panie, jednak żywię nadzieję, udało mi się spełnić choćby część twego życzenia.
Westchnęła i przymknęła oczy na chwilę. Skinęła na jedną ze sług, a gdy ta podeszła, szepnęła jej kilka słów i odprawiła gestem dłoni.
Racz wybaczyć, Najjaśniejszy Cesarzu, jednak dzień dzisiejszy był dla mnie zbytnio obfity w wydarzenia... Oparła się ciężko w fotelu. Najpierw Nubuk, z wiadomą sprawą... Na którą, mam nadzieję, zapatrujesz się przychylnie... To była trudna rozmowa, mój panie. Służka przyniosła kawałek papieru i kałamarz; Madame wzięła je od dziewczyny i zaczęła pisać, nie przerywając swej wypowiedzi. Później ta dziewczynka, która najwyraźniej niedawno Przeszła do Miasta Cieni... Nasz miłościwie nam panujący władca, Król-na-Wieży, przysłał ją pod moją opiekę. Ach, i ten człowiek, zwący się doktorem... Usta wciąż piszącej pani Haremu lekko się wykrzywiły, jakby rozgryzła ziarnko pieprzu. Podawał się za posłańca od pana Trinovantesa i chciał ze mną rozmawiać, lecz najwyraźniej nie było to prawdą. Nie miał nic interesującego do powiedzenia, i był raczej... Irytujący w swej niewiedzy połączonej ze zbytnią zuchwałością. Szczęśliwie, Nubuk zabrał go stąd. Madame skończyła pisać, złożyła karteczkę i przesunęła ją po blacie w stronę Cara, uśmiechając się przepraszająco. Wybacz, panie. Pomimo wszystko... Pewnych nawyków nie da się wykorzenić. Wstała i dygnęła głęboko, nisko skłaniając głowę. Mam nadzieję, mój Cesarzu, że niedługo znów ujrzę twe oblicze... Przy wiadomej okazji. Gdy nadejdzie ten czas i zjawisz się, moje dzieci wskażą ci drogę do mych prywatnych apartamentów... Musiałam niedawno zmienić sposób wejścia. Teraz zaś, za twym przyzwoleniem, chciałabym udać się na spoczynek.
Pozwól mi być jedną chwilą, wierszem poezji i snem...
Car przyjął kartkę, po czym skinął na Madame i gestem dłoni pozwolił jej odejść. Przeczytał notatkę kilka razy, a następnie spalił ją w płomieniu stojącej najbliżej świecy. Popijając szampana obserwował klientów Absyntu... Zaprawdę nie było w całym Kabarecie lepszego miejsca z widokiem na pozostałe stoliki...
Zamyślenie Cara przerwał powrót specjalnego posłańca, który skłonił się nisko. -Jeszcze nie czas byś odpoczął. Posłuchaj uważnie, a następnie odnajdź Nubuka i przekaż mu to, co Ci powiem...
Posłaniec słuchał i zapamiętywał, po czym wyprostował się i wyszedł ponownie.
Car powoli dokończył szampana, po czym wstał, ubrał marynarkę i płaszcz, ostatni raz rzucił okiem na salę i wyszedł.
Drzwi otworzyły się i stanął w nich Kat, rozejrzał się chwilę badając pomieszczenie jakże było ono inne od cel więzienia, pełne życia i radości aż poczuł się nieswojo, "a wiec tak wygląda zabawa" pomyślał. Dawno zapomniał już co znaczy to słowo. Podszedł powoli do stolika w jednym z ciemniejszych końców sali. O dziwo miejsce szybko się zwolniło. Zasiadł spokojnie na krześle odwrócony plecami do ściany a twarzą do drzwi i zaczął obserwować pomieszczenie. Nie pamiętał żeby był w miejscu takim jak to wcześniej, "całkiem interesujące" przemknęło mu przez myśl. teraz pozostaje tylko poczekać
StaryLublin dodał zdanie wejścia. Proszę o tym pamiętać! Nie będę ciągle dopisywać za Was! Regulamin obowiązuje WSZYSTKICH, nawet Kata.
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez StaryLublin 2008-12-02 08:48:47
Ból głowy zdawał się być niemal nie do zniesienia, kiedy utykając na lewą nogę, wtoczył się z ulicy zygzakiem do środka zadymionego pomieszczenia. Od dziesiątek lat tutaj nie był, lecz zdawało się, że w środku niewiele się zmieniło: scena z czerwoną kurtyną, lśniący w żółtawym świetle bar, okrągłe stoliki i szum wielu rozmów. Kiedy wszedł głowę podniosło kilku gości, ze zdziwieniem wpatrując się w tego nietypowego jak na Absynt, gościa, po chwili jednak wszyscy nacieszyli się niecodziennym widokiem i wrócili do swych rozmów.
Tanatos dopadł pustego stolika w ostatniej chwili, gdy chwyciły go potężne zawroty głowy i mdłości. Zwalił się więc ciężko na krzesło, daleko wyciągając nogi i licząc na to, że organizm ma silniejszy niż na to wskazuje i że ostatecznie nie popadnie w omdlenie. Udało mu się opanować dopiero gdy do stolika podeszła nieufnie młodziutka kelnereczka o długich blond lokach, z udawaną troską a bardziej ze źle skrywaną odrazą wpatrująca się w zmaltretowanego Barona Cmentarnego. Coś podać? – zapytała niepewnie. Żałobnik odłożył swój dumny cylinder na bok stołu, spojrzał na jej rumianą, jakże różną od tych które widział na co dzień, twarz, po czym nastawiając ręką szczękę wychrypiał: Wódkę, pieprz i sos pomidorowy.
(...)
Po trzeciej szklance kelnerka, najpewniej chcąc oszczędzić sobie ciągłego kursowania do stolika Tanatosa, przyniosła całą półlitrówkę, dzbanek sosu i pieprzniczkę. Dookoła Żałobnika jakoś szybko wyludniły się stoliki i nawet światło jakby przygasło, siedział więc on sam jak palec, blady jak duch, w kącie Sali, sukcesywnie wlewając w siebie kolejne szklanice, które zdawały się nie robić na nim najmniejszego nawet wrażenia. Powoli dochodził do siebie, ból przytłumiony alkoholem lekko zelżał, zwiększyło się natomiast pulsowanie w skroni, wzmocnione podnoszącym się w wyniku poalkoholowego rozszerzania naczyń krwionośnych, ciśnieniem. Tanatos odchylił się na swym krześle do tyłu, oczyma duszy należącej do znawcy zagadnień anatomicznych widząc niemal jak każda piędź jego ciała, niby każda piędź ziemi cmentarnej, zatruwana jest sukcesywnie przez stale dostarczane z zewnątrz toksyny, w postaci związków organicznych związanych w specyficzną mieszankę węgla, wodoru i tlenu. Napięcie ostatnich dni opadało stopniowo z jego ciała, odpływało w dal i uchodząc, oczyszczało umysł. Tanatos tajał…
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Tanatos Żałobnik 2008-12-02 21:58:29
I looked. I shall not look again.
For yet I see them pass.
The hollow faces of the drowned
In mist beyond the glass.
Kawka wkracza do Kabaretu, po przejściu Ulicami Miasta
Najemniczka weszła do sali, z przyjemnością zanurzając się w miękkim, ciepłym świetle licznych palących się na stolikach świec. Kilka osób podniosło głowy, przez parę chwil czuła na sobie natrętne spojrzenia bywalców Kabaretu. Pobieżnie zlustrowała salę, kryjąc wzrok za ciemnymi szkłami okularów, uśmiechnęła się sama do siebie i ruszyła do baru, zdejmując po drodze białą kurtkę.
- Hej, przystojniaku. – rzuciła z nutką rozbawienia w głosie do młodego chłopaka w nienagannie skrojonej koszuli o śnieżnobiałych mankietach spiętych ozdobnymi spinkami. Barman zachowując stuprocentowy profesjonalizm uśmiechnął się sucho i uprzejmie po czym sięgnął po szklankę. - Pani Kawka, o ile mnie pamięć nie myli. – ciężkie, rżnięte szkło stuknęło o blat. Barman unosząc pytająco brwi zerknął na Najemniczkę. - Szkocka z lodem, synu. – padło tonem starego sierżanta. Kawka uśmiechnęła się przy tym szeroko i zasiadła na wysokim barowym stołku, rzucając wierzchnie nakrycie na pobliskie wolne krzesło.
Zagrzechotały kostki lodu, bursztynowo- złoty płyn wypełnił szklankę. Skinęła w podziękowaniu głową przyjmując drinka. Po chwili sięgnęła za ucho, wyjmując zza niego pogiętego papierosa i odwróciła się, opierając łokciem o blat. Spoglądała po sali, skręcając w palcach primkę. Jej wzrok zatrzymał się na bladym jegomościu popijającym Krwawą Mary
Nie zdążyła opróżnić szklanki nawet do połowy, gdy zjawił się przed nią kelner, sprawiający wrażenie żywej reklamy krochmalu i proszku do prania z wybielaczem. Kiedy pochylił się w ukłonie, podając jej na małej, srebrnej tacy perfumowany liścik, Kawka miała wrażenie, że za chwilę usłyszy co najmniej skrzypienie, jeśli nie pęknięcie kija od szczotki, który niewątpliwie stanowił kręgosłup mężczyzny. - Madmoiselle Kawka? - Najemniczka skinęła głową i sięgnęła po liścik. Kelner oddalił się z godnością. Otworzyła małą, elegancką kopertę i szybko przebiegła wzrokiem równe, ozdobne rządki liter, po czym schowała liścik do kieszeni, wracając do drinka.
___________________ Ostatnio zmodyfikowany przez Kawka 2008-12-03 10:25:05
Butelka była pusta. Tanatos chwilę wpatrywał się w nią z nieudawaną żałością w oczach, po czym ją, szklaneczkę, dzbanek i pieprzniczkę bezczelnie przestawił na pusty stolik obok. Dopiero wtedy rozejrzał się po pomieszczeniu, w najciemniejszym jego rogu dostrzegając zwalistą sylwetkę ubraną w katowski uniform. Żałobnik lekko nieprzytomnie uniósł do góry brew i już miał wstać, aby przywitać się z przedstawicielem Triady, ale wtem uświadomił sobie, że ma w głowie mętlik i że najpewniej nic mądrego i tak z tego by nie wynikło, na powrót oparł się więc o poręcz krzesła i ziewnął nie zasłaniając ust. Pewnie i tak mnie nie pamięta – zamruczał do siebie i palce oparł się ciężko na łokciach o okrągły stolik.
Przyglądająca mu się od strony baru kobieta wyglądała znajomo. Ach tak! Widział ją na pogrzebie Bohaterskich, jak jej tam… Wrona? Coś w tym stylu. Charonitka, albo przynajmniej pozostająca pod charonicką pieczą. Ciekawe czy widziała swoje Serce – pomyślał w głębi zawianego ducha – Ależ by się zdziwiła, gdyby widziała jak Król-jaśniepan i ten charonicki anemonek z gładzią szpachlową zamiast twarzy wyrywali sobie z rąk porcelanową, wcale nie aż tak znowu ładną, lalkę. - Swoją drogą to ciekawe jak wszystko zmieniło się po 8 listopada – wymamrotał Żałobnik i zasępił się na chwilę czując, że wysokie stężenie trucizny organicznej w okolicach mózgu, odcina mu dopływ jasnych myśli do głowy. Nieprzytomnie podrapał się po przebijającym się przez skórę twarzy zaroście, z lekkością ducha przyjmując na chwilę rozbłyskającą w jego głowie myśl o goleniu. Kolejne myśli napływać zaczęły w tak chaotycznej kolejności, że niewiele dało się z nich zrozumieć. Tego było dla niego za wiele, zamachał więc niezdarnie w powietrzu bladą dłonią a kiedy przy jego stoliku pojawiła się blond kelnereczka, wychrypiał półprzytomnie: - Ka…kawę z czzzech łyszzzek i rosół… – po czym ni stąd ni zowąd zasalutował zerkającej jakby z niesmakiem w jego kierunku Wronie i założył buciory na stolik, przyjmując najwygodniejszą pozycję jaką udało się osiągnąć na tak twardym i nieporęcznym krześle.
I looked. I shall not look again.
For yet I see them pass.
The hollow faces of the drowned
In mist beyond the glass.
Maja, niosąc jakieś pudełko, weszła do Absyntu z zaplecza. Podeszła do Barmana, podała mu je i uśmiechnęła się.
- Tak jak prosiłeś - powiedziała.
Barman otworzył delikatnie pudełko i wyjął z niego... Zegar. Nie przedstawiał on sobą żadnych specjalnych właściwości, nie był zbyt ozdobny, budził jednak szacunek, sprawiał wrażenie niezawodności. Barman uśmiechnął się, skinął głową i podał Mai niewielką paczuszkę, która natychmiast powędrowała do dużej torby, przewieszonej przez ramię nowej mieszkanki Haremu.
Dziewczyna uśmiechnęła się szerzej i wyszła z Absyntu, udając się w stronę Archiwum.
"Każda wystarczająco zaawansowana Technologia jest nieodróżnialna od Magii"...
..."Każda technologia odróżnialna od magii jest niewystarczająco zaawansowana"